temperatury

nie wszystkie moje obowiązki w bibliotece są tak przyjemne i ciekawe jak otwieranie paczek. niestety. należy do nich jeszcze monitorowanie budynku, w którym się znajdujemy, pod kątem rozmaitych usterek. i… mierzenie temperatur.

zacznę jednak od początku. przeszło pięć lat temu przenieśliśmy się (jako instytucja, bo mnie tu jeszcze nie było) z budynku, który zainspirował orwellowską siedzibę ministerstwa prawdy do nowo powstałego budynku, wciśniętego pomiędzy wydziałem chemii i antropologii na kampusie bloomsbury. budynek z zewnątrz (i wewnątrz) wygląda fantastycznie. zbudowany z ciepłoczerwonej cegły, okna od frontu układają się w falisty wzór, z tyłu wykończony jest w półkole, a w środku znajduje się atrium – szklana tuba o średnicy kilkunastu metrów. przez szyby atrium widzimy, co robią na piętrach wyżej, i niżej, obserwujemy studentów i akademików. i sami siedzimy, jak ktoś kiedyś trafnie zauważył, jak w akwarium. w zimę w środku atrium budujemy wysoką na dwa piętra choinkę, a jak pada, wsłuchujemy się w krople deszczu uderzające w szklany dach.

budynek zdobył wiele nagród. w swoim zamierzeniu miał być ekologiczny. pomysł świetny, budynek sam się chłodzi w lecie – zimne powietrze wchodzi przez okna z atrium, a kiedy się powietrze ociepli, wychodzi przez okna od zewnętrznej strony budynku. dodatkowo odpowiednio ustawione wentylatory mają zapewnić sprawne działanie i napływ powietrza. w pomieszczeniach zainstalowano czujniki, które mierzą nie tylko temperaturę, ale również wilgotność powietrza, zawartość dwutlenku węgla w powietrzu jak i zapewne masę innych rzeczy, w które mój umysł humanistki za bardzo wnikać nie chce. okna, i wentylatory, są sterowane automatycznie, przez komputer i odpowiednio opracowany program. program, który jakoś nie zawsze potrafi dogadać się z oknami, zostawiając je otwarte w zimie, lub zamknięte w lecie. my oczywiście ich zamknąć lub otworzyć nie możemy, w efekcie czego albo siedzimy w przeciągach, albo przymuleni z braku powietrza. pomiędzy pomieszczeniami zdarzają się też spore różnice temperatur, np. pomiędzy schodami a czytelnią na drugim piętrze: dwadzieścia stopni (w czytelni mamy dwadzieścia sześć stopni, na schodach tylko sześć). biedni doktoranci siedzą w wiecznym przeciągu, gdyż, tak się akurat złożyło, że ich biurka usytuowane są pomiędzy dwoma wentylatorami (które, tak się akurat złożyło, są wiecznie otwarte).

moi współpracownicy już się przyzwyczaili, że co jakiś czas budynek ‚przestaje działać’ lub ‚działa nie tak, jak powinien’. ja też się do tego przyzwyczaiłam i nawet nieźle to znoszę. w szufladzie trzymam sweter z grubej włóczki, i kocyk, który w lecie rozkładam w pobliskim parku, a którym w zimie owijam nogi, żeby było tylko nieco cieplej. ale przecież ile można? więc prędzej czy później, ktoś nie wytrzyma, i wyśle maila ze skargą. i są też osoby, które niemalże wypatrują najmniejszej usterki, i przy takim najmniejszym problemie piszą maila ze skargą. do kogo? do mnie.

nie, nie oczekują ode mnie, że będę w stanie naprawić system, chociaż bardzo bym chciała taką umiejętność posiadać! ja po prostu, uzbrojona w swoje umiejętności dyplomatyczne i odpowiednią strategię, piszę kolejnego maila ze skargą… bo nadzieja, że coś się samo naprawi i zaskoczy… no, wiadomo jak to jest z nadziejami. najpierw piszę maila z raportem do M. zdaję sobie sprawę, że M. musi żywić do mnie podobne uczucia, jakie ja żywię w stosunku do osób, które piszą te skargi do mnie. i kiedy ja właściwie się nudzę, i monitorowanie temperatur w budynku jest moim głównym zajęciem, M. ma masę innych rzeczy do zrobienia (a przynajmniej naprawdę bardzo chcę w to wierzyć) i w związku z tym moje ogromne wyrzuty sumienia, że ja znowu zawracam mu głowę. piszę więc tego maila zaczynając od tego jak wspaniale, że naprawił poprzednią usterkę, ale niestety od tego czasu (tydzień lub dwa temu) pojawił się nowy problem.

i czekam cierpliwie na odpowiedź. dzień jeden, drugi. tymczasem problem okazuje się prawdziwym problemem, (tak, miałam nadzieję, że będzie to coś wyimaginowanego!) a ja zbieram coraz więcej skarg i zażaleń. inni też mają wyrzuty sumienia (albo przynajmniej tak mówią), pisząc i narzekając właśnie do mnie, bo co ja biedna mogę zrobić? dodzwonić się nie sposób, więc piszę kolejnego maila, tym razem z kopią do szefa M., czyli A.

A. jest zawsze pełen dobrych chęci, bardzo sympatyczny pan w średnim wieku z fantastycznym szkockim akcentem. rozmawiając z nim czuję się jakbym znowu szła przez szkockie highlandy. ale oczywiście niewiele potrafi, w końcu jest szefem. mimo to po każdym z takich maili przybiega do nas, ja witam go w uśmiechach i podrygach, on też cały w uśmiechach i podrygach zasiada przed komputerem. to kolejny element strategi, w końcu i tak nie liczę, że powie mi coś, czego bym wcześniej nie wiedziała. po dwudziestu minutach odkrycie. system nie działa, nie rozmawia z oknami, wentylatorami, grzejnikami, czy czymkolwiek co się w danej chwili popsuło. niestety, kolejna niespodzianka, A. nie umie tego naprawić. obiecuje przysłać M.

czekam więc jeden dzień, drugi, trzeci. dodzwonić się nie sposób, więc piszę kolejnego maila. tym razem z kopią do szefa M. i do mojej szefowej. to się nazywa eskalacja.

czekam jeden dzień, drugi, trzeci. czwartego dnia, chwytam za telefon, zaraz po przyjściu do pracy, jeszcze w płaszczu, czapce, z zadyszką niemalże, komputer nie włączony. niespodzianka (tylko ciekawe dla kogo większa, dla mnie, czy dla M.), bo M. odbiera telefon! nie, nie miał okazji przeczytać moich maili. był bardzo zajęty projektem, raportem, gigantycznym problemem w innym budynku, dopiero wrócił z chorobowego, urlopu, delegacji (niepotrzebne skreślić). ale zaraz przeczyta, zapozna się z moim mailem, nie ma sprawy! oddzwoni.

czekam jeden dzień, drugi, trzeci. piszę kolejnego maila. dzwonię tym razem do A. zdziwienie: jak to, cały czas ten sam problem? a to ci niespodzianka! i tak zabawa w kotka i myszkę trwa nieraz trzy tygodnie, po to, żeby M. przyszedł i naprawił system w przeciągu dwudziestu minut. ach, zresetowałem program, będzie teraz działać! zwiększyłem próg dwutlenku węgla, okna nie będą się otwierały tak często! zamknąłem wentylatory, które dwa miesiące temu sam otworzyłem, i zapomniałem z powrotem przestawić na automat!

i mam spokój. na tydzień, najwyżej dwa.

Reklamy

2 thoughts on “temperatury

  1. staramy się! rok temu zainstalowaliśmy doktorantom dodatkowe grzejniki – to nieco ociepliło atmosferę, aczkolwiek przeciągu nie zlikwidowało. mamy też dodatkowe grzejniki na klatkach schodowych, ale to jest tak jakbyś próbowała farelką ogrzać stodołę… plus grzejniki przenośne do biura na górze i na dole, ale trzeba by je chyba mieć faktycznie w ilości hurtowej, przy każdym biurku z dwóch stron, żeby przynajmniej odrobinę poskromić przeciągi ;-)

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s