chmurdalia

poniedziałek przywitał nas błękitnym niebem, na którym pojawiło się tylko kilka chmurek, jak namalowanych na obrazku. jak zwykle spóźniłam się na poranny pociąg, a że następny za całe dwadzieścia minut, usiadłam sobie w słońcu z książką, którą czytam od paru dni. aż mi się nie chciało wsiadać do pociągu, kiedy wreszcie nadjechał, najchętniej zostałabym na ławeczce, lub w ogóle udała się na drugi peron i pojechała w przeciwną stronę, z dala od centrum, rozsiadła się gdzieś na trawce i czytała.

zdania Joanny Bator są bujne, rosną jak liany w jakimś tropikalnym lesie, i tak samo wciągają, owijają się wokół czytelnika, nie wypuszczając, ściskając mocno. Bator snuje swoją opowieść jak pająk swoją nić, rozwija wiele wątków, po to aby spotkały się one w jednym miejscu, centrum, tak właśnie jak pajęcza sieć. opowiada ona tak, jak jej bohaterowie, jej opowieść jest jak śmietana ubijana elektryczną trzepaczką, rośnie, rośnie.

im głębiej udaję się w czytaną historię, tym większe moje zaangażowanie. kiedy czytałam piaskową górę, przy pierwszej stronie pomyślałam sobie, o nie! znowu ten postmodernistyczny bełkot! ale przy stronie pięćdziesiątej nie mogłam oderwać się od książki. gdy zabrałam się za chmurdalię, zabrałam się za nią ze strachem, gdyż druga książka, sequel przecież, nie może już być czymś dobrym. tymczasem mam wrażenie, że dopiero teraz Bator pokazuje, co potrafi. opowieść jest jak historia prababki Sary, Destinee. bo gdy starość skurczyła Destinee do rozmiaru kabaczka i pozbawiła siły, historia, przeciwnie, nabrała mocy, jakby utwardziło ją i wygładziło ciągle powtarzanie. Sarze trafiła się wersja najpełniejsza, jak gotowy do zerwania, ciężki od soku owoc (str. 143).

styl pisania Bator, być może gdzie indziej byłby nieznośny i irytujący, tu jest po prostu na swoim miejscu. nie jest jedynie zabiegem estetycznym, nie jest popisem zdolności językowych. zmienia się wraz z opowiadaną historią, w zależności którą nitkę akurat snuje opowiadacz, oddaje charakter opowiadanej historii i postaci. język też jest bohaterem opowieści:

częstowały się papierosami i cukierkami, pytały, a jak jest po twojemu pierdolić, a jak rodzić, i śmiały się, że tak różne nazwy istnieją na te same rzeczy, i po co to komu. Gdy przerobiły też słowa blisko związane z Owocowym Rajem, takie jak truskawka, pieniądze, malina, pracować, zmęczenie, spać, wymyślały inne, dalekie i prawie puste jak nieumyty słoik po dżemie – świat, samolot, aktorka i zakonnica. Powtarzały jeptiszka, zakonnica, nun, prychały na tureckie słowa, na których europejskie języki potykały się jak pijak na kocich łbach. Gdy Sara mówiła słowo w khoi-khoi, reszta machała rękoma, że to już naprawdę ponad ludzkie siły i czy naprawdę można w ten sposób nazywać  świat, a jeśli tak, to czy stworzenia rozumieją wtedy swoje imiona? (str.201)

aż nie mogę się doczekać wieczora, kiedy znowu na powrót zanurzę się w słowach.

Reklamy

5 thoughts on “chmurdalia

  1. Tkanie, sieci, prządki – to ulubione metafory feministek i feminizujących pisarek, także być moze całkiem bardzo zamierzony to zabieg, snucia historii u Bator?

    Polubienie

    1. no, proszę! nie wiedziałam o tym!
      myślę jednak, że sama Bator bardziej porównuje się do homeryckich bardów niż prządek, a przynajmniej tak pisze o sobie na ostatniej stronie okładki ;)

      Polubienie

  2. Mam podobne odczucia tzn. że „Chmurdalia” jest chyba lepsza od „Piaskowej Góry”. Moim zdaniem przede wszystkim głębsza. A poza tym tak przyjemnie zanurzyć się we wszystkie te historie;)
    Bardzo jestem ciekawa, o czym będzie jej następna książka. Bardzo.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s