wyjazdy

to, co w wyjazdach lubię najbardziej, to powracać.

wszystkie praktyczne przygotowania do wyjazdu mnie nużą i nudzą, najlepiej niech za mnie to zrobi ktoś inny. przewodników nie czytam, jeśli z nich coś wiem, to tylko dlatego, że natrafiłam na jakieś przypadkowe zdanie podczas kartkowania tegoż, nie dlatego, że coś systematycznie z niego wyczytałam. do tego kupowanie biletów na pociąg, rezerwowawanie hoteli jest czymś tak mało namacalnym, najczęściej tak bardzo wybiegłym w przyszłość, że nie potrafię się z tego cieszyć, a widzę tylko szczuplejące konto.

pakowanie zawsze jest przypadkowe, pamiętam tylko, że mama kazała zawsze brać o jedną parę majtek i o jedną parę skarpetek więcej niż planuję spędzić dni w podróży. a przecież i tak najważniejsze są książki.

sam dzień wyjazdu natomiast jest aż za bardzo ekscytujący. trzeba rano wstać, pociąg o siódmej, więc jest jeszcze raniej niż zwykle. na dodatek do pracy zawsze można się spóźnić, a na pociąg już nie za bardzo, szczególnie jak się ma miejscówki. na ogół kończy się wybieganiem z domu w panice, i dalej szaleńczym pędem na stację. na dworcu nerwowe sprawdzanie, czy wszystko jest, chociaż przecież kompletnie bez sensu, bo jak nie ma, to i tak już nie będzie, do domu się nie wrócimy, to przecież przynosi pecha.

po dojeździe, na miejscu, wyciągamy mapę, krążymy, szukamy hotelu, chowamy się przed deszczem, a każdy na ogół ma inne pomysły, co do tego, w którą stronę iść.

na drugi dzień, gdy tylko zdążę się ogarnąć, przyzwyczaić, i już wiem którym autobusem dojechać na dworzec, gdzie kupić kawę, gdy już tylko czuję się pewniej, to trzeba wrzucić plecak na grzbiet i dalej, komu w drogę, temu czas! herbata w termosie, mapa w łapce i dalej, na przód! tym razem jest jednak coś pewnego: wiemy, że morze ma być po prawej stronie. wieczór mnie cieszy, a i owszem, bolące nogi świadczą o przebytych kilometrach, tudzież braku kondycji – tu panuje swoboda interpretacji. gorący prysznic jest błogosławieństwem, godzinka na książkę i na więcej nie ma siły.

przez kolejne dni przybywa kilometrów i książek z antykwariatów, przybywa wypitych herbat i zdjęć w aparacie i przybywa kłębiących się myśli w głowie. tudzież burchli na stopach, które po powrocie można z dumą pokazywać znajomym, jako dowód na przebyte kilometry.

ale moim ulubionym jest ostatni dzień, którego koniec jest taki namacalny: własne łóżko.

lubię wracać, żeby wyjechać móc znów.

 

Reklamy

2 thoughts on “wyjazdy

  1. Całkowicie się zgadzam z ostatnim zdaniem.;)
    Anglia niby taka chłodna, a już kwiecie pojawiło się na drzewkach. Zazdroszczę, na Mazowszu kasztanowce dopiero wypuściły pąki.;( A tu już pora na pierwsze magnolie…

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s