październik

październik, jak to październik, czasem słońce, częściej deszcz.

rowerzystów jednak wcale mniej.

zachęcona dobrym przykładem po ulicach pomykam i ja. do pracy i z pracy. do muzeum, kina i teatru. i z. na lekcje oswajania języka, też pomykam. dzielnie, co mi tam deszcz zacinający w twarz! prowadzę motywujące wizualizacje: moich smukłych łydek, moich wyrobionych mięśni brzucha, pełnej skarbonki (chociaż ten widok przysłaniają mi nowe, zapełnione półki, gdyż obliczyłam, że tydzień jeżdżenia na rowerze zaoszczędzi mi równowartość dwóch (słownie: dwóch) książek).

i tak dzielnie dojechałam na lekcje oswajania języka, pękając z dumy (co za siła charakteru!), poszczękując nieco zębami, ale gotowa na podbój nieznanych światów. zachodzę do klasy, pełna animuszu. a tam dentysta, cały w tweedach, szaliczek nonszalancko zarzucony na szyję, skórzana teczuszka, przywodząca na myśl rekwizyt filmowy, gdyż w niej tylko złote pióro i dwie kartki zadanych lekcji (zawsze mnie fascynowało daczego aktorzy noszą puste teczki). iphone’a trzymamy w kieszeni, tak.

na razie jedyni w klasie, więc o czym tu można porozmawiać. o pogodzie rzecz jasna. dentysta, któremu na imię rysiek, skarży się:

– tak chciałem dziś przyjść na piechotę, ale zaczęło padać. musiałem znowu wziąć taksówkę.

no tak, straszne, myślę sobie. też jak w filmie (zawsze mnie fascynował fenomen łapania taksówek w filmach. szczególnie jak tym kimś łapiącym taksówkę była samotna matka ledwo wiążąca koniec z końcem. ale w końcu rysiek ma już odchowane dzieci).

– a ja przyjechałam na rowerze! – odpowiadam, żeby podtrzymać konwersację.

– w tych butach?! – słyszę w odpowiedzi.

panika. przyglądam się ukradkiem swoim balerinom, czyżby były dziurawe? oddycham jednak z ulgą: na pewno nie kosztowały tyle, co buty ryśka, ale dziurawe nie są.

– no tak, w tych butach.

– dziecko, przemoczysz sobie nogi!

no i przemoczyłam. ostatnie trzy dni spędziłam pod kołdrą, dziergając, o zgrozo, Lem leżał odłogiem, Gombrowicz leżał odłogiem, tylko pana Fru sobie trochę podczytywałam.

jutro zakładam buty z prawdziwymi podeszwami! baleriny odsyłam w sen zimowy.

Reklamy

8 thoughts on “październik

  1. A moje baleriny mnie dzisiaj wyraźnie wyśmiały, się wybrałaś, mówiły, jak mnie zobaczyły w wielkich trepach wracającą z 20 stopni w słońcu.

    Polubienie

  2. Gratuluję zacięcia do jazdy w taką pogodę, ja się „kaloszuję” na piechotkę.
    Twoja bloga „podglądam” już od jakiegoś czasu, coraz bardziej mi się podoba, zarówno styl pisania, jak i propozycje „dopoczytnicze” :)
    Pozdrawiam ciepło w deszczową nockę :)

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s