lektury letnie

Kilka tygodni temu spędziłam wieczór u znajomych, z którymi kiedyś pracowałam w księgarni, i z którymi łączy mnie przede wszystkim pasja do książek. Zauważyłam wtedy, już z resztą nie po raz pierwszy, że obie są czytelniczkami „niedyskryminującymi”. Jedna co prawda nie dyskryminuje mniej (te mniej ambitne książki chowając w drugim rzędzie), druga bardziej otwarcie (na jej półkach znaleźć można obok klasyki literatury angielskiej i ambitnej literatury współczesnej powieści dla nastolatek, romanse i skandynawskie kryminały). Ale obie czytają wszystko, co sprawia im przyjemność. Dało mi to nieco do myślenia, że może powinnam się otworzyć na lektury bardziej zróżnicowanego typu i kiedy wyszło słońce, zachęcając do lekkich lektur na trawce, a do biblioteki przyszło dwadzieścia pudełek polskich książek i wśród nich wyciągnęłam Marię Nurowską, poczułam nagłą inspirację. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało, gdyż teraz, patrząc na to z perspektywy tych, tylko kilkudziesięciu co prawda, przeczytanych stron Nakarmić wilki, myślę, że było to raczej wiosenne porażenie słoneczne.

Ja rozumiem, że wszystkie gatunki kierują się swoimi prawami. Ja rozumiem, że Maria Nurowska to nie jest Virginia Woolf. Że jeżeli nasza lektura to romansidło, a miejsce akcji to chatka w Bieszczadach, czas akcji zima, a nasza bohaterka jest niezwykle inteligentną, niesamowicie sprawną fizycznie i super niezależną (chociaż jednocześnie bardzo nieuprzejmą, ale to widocznie tak musi być, że jak kobieta uprzejma to znaczy, że słaba) doktorantką leśnictwa, to jej wybranek będzie miał oczy jak jastrząb i myślał jak wilk. No, niech tak będzie. Rozumiem też pewne niedociągnięcia, typu że doktorantkę leśnictwa trzeba uczyć czym się różni trop sarny od tropu dzika, a przecież to jest wiedza dla leśniczego elementarna. Ja sama przez kilka ładnych lat marzyłam o byciu leśniczym (leśniczką?) i jedyne co mnie przed tym powstrzymało to egzamin wstępny z metamatyki, której jakoś nie uwielbiałam, więc postanowiłam realizować swoją drugą pasję, czytanie, i poszłam na polonistykę. Jednak zdąrzyłam spędzić wiele wakacyjnych miesięcy na przemierzaniu lasów z różnymi przewodnikami w ręku. Po pewnym czasie trop sarny od tropu dzika rozróżnić umiałam i bez książki. Mogę też jeszcze przymknąć oko na to, że panna, która jedzie w Bieszczady aby chronić wilki, rzuca wilczym szczeniętom kanapkę – pewnie, niech się zmrowią, niech polubią człowieka, na pewno im to wyjdzie na dobre… – nieważne, autorka zapewne chce pokazać czytelnikowi, że dziewczyna ma dobre serce. Trochę ciężej już mi było przełknąć historyjkę, w której to nasza dzielna doktorantka ratuje wilczycę uwalniając ją z wnyków, po czym puszcza ją wolno: ranną, z ciągnącym się za nią drutem. Jakie szanse na przetrwanie miałoby to zwierzę, gdyby historia zdarzyła się naprawdę? Nie wiem, w książce w każdym razie wilczyca zdrowieje i gubi wnyk. Cuda po prostu.

Jednak to, co tak najbardziej odrzuciło mnie od książki to jej język. Książka jest napisana stylem tak prostym, jak mogłaby być napisana książka tylko dla najmłodszych dzieci. Autorka używa zdań złożonych chyba jedynie przy wyliczeniach: „Nagle zza kępy jodeł, oddzielonych wąską polanką, wyłonił się ogromny czarny wilk. Katarzyna zamarła. Nie wiedziała, co teraz zrobi, czy jej nie zaatakuje. Jednak wilk skierował się wprost na rannego pobratymca i zaczął go lizać po pysku. Wtedy pomyślała, że może to być para. Za chwilę była już tego pewna” (str. 73). A ja do tej pory myślałam, że tak to można pisać tylko szkolne wypracowania. Denerwują też dopowiedzenia: „W pewnej chwili Katarzyna zobaczyła chłopczyka, który goły stał obok ławy. Miał silnie zaczerwienioną buzię i żywoczerwone nogi do kolan, z pewnością były to odmrożenia. Płakał” (str. 56). Faktycznie, nikt nie byłby w stanie się tutaj domyśleć, że jeżeli dzieciak szedł w środku zimy przez góry, to zaczerwienienia mogą świadczyć o odmrożeniach. Już nie wspominając tych dopowiedzeń typowych dla gatunku: „Jej rozmówca miał regularne rysy twarzy, był gładko ogolony, a kiedy się uśmiechnął, odkryła, że skądś zna ten uśmiech. No tak, to uśmiech amanta filmowego George’a Clooneya, tylko oczywiście w wersji odmłodzonej”(str. 9). Uśmiech amanta filmowego George’a Clooneya! To chyba pisanie tych zdań żłożonych tak autorkę wyczerpało, że już nic więcej nie była w stanie wymyślić.

Niestety nie poszerzę swojego zakresu lektur. I nie chodzi o to, że jestem osobą przeżartą do szpiku kości cynizmem, która na wszelkiego typu romanse reaguje odruchem wymiotnym. Nie chodzi też o to, że jestem snobką, która czyta tylko książki z górnej półki. Nie poszerzę swojego zakresu lektur, bo przecież ja już czytam wszystko, co mi sprawia przyjemność.

Nurowska

Advertisements

10 thoughts on “lektury letnie

  1. Przeczytałam wstęp, przyklasnęłam, jasne, otwierajmy się też na inną literaturę, potem zdumiałam się wyborem (przeczytałam jedną, podkreślam – jedną jej książkę, zresztą na życzenie prowadzącego zajęcia na seminarium magisterskim, co zresztą potem wyjaśniło temat zajęć – o kiczu..), potem pomyślałam, dobra, też chciałam przecież dać autorce szansę (konkretnie polecanymi mi „Drzwiami do piekła”), ale z tego co widzę, chyba nie ma sensu. ..

    Lubię to

    1. nie, nie ma sensu, równocześnie ze mną próbowała ją czytać moja współlokatorka i też się szybko poddała. doświadczenie podsumowała jednym zdaniem, „czułam się jakbym czytała streszczenie”.

      Lubię to

      1. Ilościowo więcej? Bo jakościowo ma większe szanse trafienia na minę ;)

        Pewnie sama znajduję się po tej stronie barykady: ani obyczajówki, ani kryminały, ani fantasy mi nie straszne. Potrzeba różnorodności jest czasem równie silna, co potrzeba czytania. Ale zawsze to lepiej być niedyskryminującym niż poślednim czytelnikiem :)

        Lubię to

      2. Z tymi minami to nie jestem tego taka pewna, bo może to, co dla mnie byłoby miną, dla czytelnika „niedyskryminującego” nie jest? Po prostu wszystko sprawia mu przyjemność :)

        Lubię to

  2. Nie wiem, czy największym przejawem kiczu nie jest wplecenie zdjęcia autorki na okładce. Pani Mario, litości!
    W czasach studenckich przeczytałam chyba dwie powieści Nurowskiej i na tym się skończyło. Było tak, jak piszesz: zbyt dosłownie.;(

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s