przygody z bookerem

Lubię, kiedy książki mają swoje historie. Myślę, że możliwość opowiedzenia historii książki, którą się ma, czyta lub w jakiś szczególny sposób lubi, jest największą przewagą książki papierowej nad elektroniczną. Wcale nie szelest kartek i zapach papieru. Czytnik mam i używam, jest bardzo praktyczny, kiedy czyta się wiele rzeczy na raz, i poza tym mogę sobie na niego wysyłać artykuły z internetu, które na e-papierze o wiele wygodniej się czyta niż z ekranu komputera. Ale chyba tylko papierowe książki mogą snuć swoje, własne, opowieści. Opowieści książki, jako przedmiotu. Widok okładki wywołuje wspomnienia, zapomniane bilety pomiędzy kartkami opowiadają swoją własną historię. Historię, która może dodać książce wartości. Taki Alan Hollinghurst na przykład, jego The Line of Beauty – jedna z pierwszych książek, na które zwróciłam uwagę po przyjeździe do Londynu, która zawsze będzie mi się kojarzyć z moim pierwszymi miesiącami spędzonymi w tym mieście, z układaniem książek na parterze księgarni, w której wtedy pracowałam.  Zawsze będzie mi się kojarzyć z początkiem, chociaż przecież kiedy ją po raz pierwszy widziałam, nie zdawałam sobie sprawy, że ona w pewien sposób o początku traktuje.

hollinghurst

Trochę czasu jednak minęło zanim zabrałam się do jej lektury. Przede wszystkim byłam zniechęcona swoimi poprzednimi podejściami do zwcyięzców Nagrody Bookera, Kiran Desai i Johna Banville’a, które mnie rozczarowały, jedna bardziej, druga mniej, i których nigdy nie skończyłam. Nawet po tym  jak zakupiłam Hollinghursta w jakimś sklepie z tanimi książkami musiał on nieco odleżakować na półce. Mniej więcej rok temu zabrałam się za lekturę i nieco rozczarowana odłożyłam po kilkudziesięciu stronach. Książka opowiada o losach Nicholasa Guesta, świeżo upieczonego absolwenta Oksfordu, który podejmuje studia doktoranckie w Londynie, i na czas których zamieszkuje w domu rodzinnym swojego przyjaciela Toby’ego Feddena. Ojciec Toby’ego jest w posłem konserwatystów, ogólnie rodzina jest zamożna (wyższe sfery) a jej problemy ograniczają się do tego, co by tu zrobić, żeby Margaret Tatcher zaszczyciła swoją osobą dom Feddenów w Notting Hill. Jest to środowisko dla naszego bohatera, Nicka, dosyć nowe, na dodatek Nick próbuje się odnaleźć jakoś ze swoją homoseksualnością, znaleźć sobie chłopaka etc., a ja stwierdziłam, że jednak na powieść inicjacyjną nie mam ochoty i książka powędrowała z powrotem na półkę.

Do czasu. Do czasu, kiedy podczas jednej z moich wypraw do księgarni, w której dosyć często spędzam swoje biblioteczne przerwy, chyba nie tylko z nostalgii dla starych czasów, ale również i dla kawy, którą podają na dole, i która jest o wiele lepsza od tej z uczelnianej kantyny, zaczęłam podczytywać The Starnger’s Child. Książka mnie wciągnęła od pierwszych dwóch stron, naprawdę, wykazałam się jednak wyjątkowo silnym charakterem i odłożyłam ją z powrotem na księgarniany stolik, bo przecież mam jednego Hollinghursta w domu, wypadałoby go więc najpierw przeczytać zanim się zaopatrzę w jego kolejną książkę. Z tym też mocnym postanowieniem i równie mocnym uczuciem dumy (nie kupiłam! podobało się, ale nie kupiłam!), wróciłam do pracy.

Przy drugim podejściu początkowo The Line of Beauty znowu nie zachwyciła, trochę zszokowała swoją dosłownością, o której nie byłam pewno, co myśleć. Czy jest to dosłowność dla dosłowności tylko, a może ona jest tutaj naprawdę potrzebna? Czasami trudno ocenić, szczególnie jak jest się dopiero w jednej dziesiątej książki. Tu jednak wszystko ma swoje miejsce. Dosłowność Hollinghursta nie ma za zadanie wywołać u czytelnika szoku, nie jest tanim chwytem. Pokazuje jedynie rozwój bohatera. A książkę czyta się naprawdę fantastycznie, jest to taki typ powieści, który lubię najbardziej, powieści sięgającej tradycjami XIX wieku (jest z resztą wiele nawiązań do Henry’ego Jamesa, którego teraz już naprawdę muszę poczytać). Autor pokazuje nam Anglię lat osiemdziesiątych, dekadę Thatcher i AIDS, tak jak arcydzieła literatury dziewiętnastowiecznych pokazywały przemiany tamtego wieku. Jest też bardzo dobrze napisana, aż chciałoby się wydłużyć słowo „bardzo” i powiedzieć: baaaardzo dobrze. Napisana językiem, którego piękna ja nie umiem ani oddać, ani wytłumaczyć, mogę powiedzieć jedynie, że jest to dzieło sztuki, literatura przez duże „l”.

Wygląda na to, że zawieszę swoje votum nieufności względem zwycięzców Nagrody Bookera. Do tej pory uważałam, że A.S. Byatt i Iris Murdoch są chlubnymi wyjątkami, ale teraz doszła do nich Hilary Mantel i doszedł Alan Hollinghurst. Oczywiście, nie ma co się rzucać na każdego zwycięzcę, czy każdego finalistę, będę się im za to przyglądać znacznie baczniej niż do tej pory.

Na zakończenie, w ramach kąciku toarzyskiego, może nie najlepszej jakości, ale za to ze zbiorów wałsnych, zdjęcie z zeszłorocznej konferencji o miastach, na której o Londynie dyskutowali A.S Byatt, John Mullan, i Alan Hollinghurst. Hollinghurst nie zrobił na mnie wtedy najlepszego wrażenia, trochę za bardzo się starał zaimponować publiczności, a może tylko tak mi się wydawało w porównaniu z cudowną Byatt, która często po prostu przyglądała się publiczności, ciekawa kto przyszedł, jej posłuchać. John Mullan natomiast zajmuje się literaturą osiemnastowieczną, wykłada i pisze m.in. dla Guardiana,, na przykład o tym, jak naprawdę tańczono w czasch, kiedy Jane Austen pisała swoje powieści. Czy dodam sobie celebryckości, jeżeli powiem, że w zeszłym miesiącu walnęłam go drzwiami, co się omal gorącą kawą nie oblał? Tak myślałam.

byatt mullan hollinghurst

Reklamy

7 thoughts on “przygody z bookerem

  1. Spotkania z Byatt szczerze i serdecznie zazdroszczę. A z pozytywnej oceny dla Line of Beauty bardzo się ciesze, bo kiedyś złapałam to jako okazje i potem długo się zastanawiałam czy słusznie zwaliłam sobie półkę kolejnym tomiszczem.

    Polubienie

  2. O, to mnie zachęciłaś :) Bo właśnie mniej mnie kręcił pomysł literatury gejowskiej (bo ja lubię jak jest dużo kobiet, albo kobieta-autorka… ;)), ale ostatnio byłam na bardzo fajnym paperze o TLoB i może to przeznaczenie, czas przeczytać? (…jak tylko uporam się z wielkm stosem innych rzeczy…)

    A z Bookerów Anne Enright i Margaret Atwood też mi się podobały :) No i Alice Munro dostała międzynarodowego Bookera za całokształt bodajże?

    Ale z drugiej strony – DBC Pierre, jedna z najbardziej rozczarowujących książek, jakie czytałam -____-‚

    Polubienie

    1. no właśnie, jest coś nierównego z tym bookerem, albo po prostu nie wszystko wszystkim musi się po równo podobać ;) mnie na przykład Anne Enright nie podeszła, Margaret Atwood natomiast w jednych książkach jest dla mnie genialna (Cat’s Eye na przykład), przez inne ciężko mi przebrnąć, może dlatego, że nie jestem przyzwyczajona do fantastyki.
      co do Hollinghursta to bym powiedziała, że jest po prostu dobrym pisarzem tak w ogóle, nie tylko dobrym pisarzem gejowskim, więc warto po niego sięgnąć, naprawdę! :)

      Polubienie

  3. Oprócz Enright (słaba) czytane przeze mnie Bookery wspominam b. dobrze. Nie będę oryginalna za nr 1 wybierając „Dzieci północy” Rushdiego. W ścisłej piątce Byatt, Coetzee i Desai, na dalszych pozycjach też sporo dobrych rzeczy. Może Adigę uznałabym też za pomyłkę.
    Z Hollinghursta czytałam tylko The Swimming Pool Library, b. mi się podobał.

    Polubienie

    1. Rushdiego jeszcze nie czytałam, ale też słyszałam, że bardzo dobry. faktycznie do listy udanych Bookerów dochodzi i Coetzee, co prawda przekonałam się do niego całkiem niedawno. natomiast Desai mi kompletnie nie podeszła, miałam nawet w związku z tym poważne wyrzuty sumienia, że się nie znam, ale po tym, jak odkryłam, że nie jestem w swojej opinii osamotniona, przestałam ;)

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s