historie włoskie

Ufff. Skończyłam. Daaawno nie czytało mi się niczego tak beznadziejne. Coś, co miało być najlepszą historią Włoch w jednym tomie, okazało się czymś nudniejszym od encyklopedii. Miała być to książka krzepiąca, stymulująca, pełna energii. Czytałam ją pół roku i proszę o medal za wytrwałość. A zapowiadało się tak fajnie, nie tylko na okładce, ale również we wstępie. Autor, David Gilmour, przez ostatnie trzydzieści pięć lat wielokrotnie przebywał w Italii, odwiedził każdy z jej dwudziestu regionów, zna historię kraju i język, a na koncie ma książkę o Lampedusie (między innymi). I obiecuje subiektywne podejście do tematu. I subiektywne podejście otrzymałam. Niestety.

Na początku było po prostu nudno. Ale coż, jest to książka historyczna, czasy dawne, ja do niefikcyjnych tytułów mało przyzwyczajona, trzeba być dzielną, myślałam. Czytałam po dziesięć stron (max) dziennie, tuż przed snem i na bezsenność nie narzekałam. Gdy doszłam do Napoleona, zaczęło robić się ciekawiej, ja się też wprawiłam, dobiegałam już do dwudziestu stron za jednym posiedzeniem. (Oklaski!) Gdy doszłam do Garibaldiego, to w ogóle było całkiem nieźle, może więcej niż dwudziestu stron za jednym razem nie udawało mi się przeczytać, ale do książki wracałam wielokrotnie w ciągu dnia. Wtedy jednak coś mi zaczęło zgrzytać. I tym czymś był ton wypowiedzi. Jakby wybrać kilka zdań, parę akapitów, nie byłoby się do czego przyczepić, ale w całości coś mi przeszkadzało. Nawet nie to, że czułam, że autor prawi mi wykład. Ale raczej to, że zamiast fascynacji wyczuwałam pogardę, taką pobłażliwość, ach, ci Włosi, cud, że w ogóle się zjednoczyli, cud, że przetrwali po dziś dzień. Aż zaczęłam nieładnie myśleć, że tak to jest jak się jakiś Anglik zabierze za pisanie o jakimś innym kraju. Przedyskutowałam jednak sprawę z koleżanką i obie doszłyśmy do wniosku, że to jest na pewno wina wyższej sferowości danego Anglika. Po skonsultowaniu się z wikipedią stwierdziłam, że miałyśmy rację, bo nasz autor odziedziczył tytuł szlachecki i został wyedukowany w Eton. Podejrzewam, że na jakikolwiek temat by się nie wypowiadał, popadłby w podobny ton. (A żeby nie było, że jestem pełna uprzedzeń – patrz Nancy Mitford).

Dobór słownictwa też może doprowadzić do rozpaczy, a im bliżej końca książki, tym gorzej! W co drugim zdaniu znajdujemy mistake, error, co tam error, error to za mało, wrzućmy chief error, wszystko jest dark, lub bleak, a na pewno gloomy, może też być incredibly inept lub unsucseful, albo, żeby się nie powtarzać, to mamy też failure i dissarray. Nic dziwnego, że nawet jak się pojawi jakiś jaśniejszy akapit, to niknie on pod mrokami tych poprzednich i tych po nim następujących. I teoretycznie nie mam o co się kłócić, bo wszyscy wiemy jak zachowuje się Berlsuconi, jakim problemem we Włoszech jest korupcja i zabetonowywanie wybrzeża Sycylii i w ogóle całych Włoch, ale tu w ogóle nic, tylko się chlastać. Nawet silne więzi rodzinne Gilmour potrafi opisać tak, że mamy wrażenie iż czytam dogłębną krytykę, nawet narodziny ruchu Slow Food we Włoszech w 1986 roku autor opisuje tak jakby opisywał żywieniową patologię. Nawet jak chwali, to jakby ganił. I nic nie pomaga ostatni akapit, gdzie wreszcie przyznaje, co tam historia, we Włoszech najważniejsi są ludzie! Bo po takiej porcji czarnych obrazów ten ostatni akapit po prostu nie przekonuje.

Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy nie włączył mi się jakiś adoptowany nacjonalizm, naprawdę miałam się już o siebie martwić, ale szczęśliwie przypomniała mi się książka Tima Parksa, przeczytana na początku roku, Italian Neighbours. Książka zupełnie odmienna w tonie, którą czyta się z urzekającą przyjemnością. Już nie będę złośliwa i nie powiem, że to dlatego, że Tim Parks urodził się w Manchesterze i wychował w londyńskim Finchley (ekhm), ale powiem, że dlatego, że Parks naprawdę mieszkał z Włochami i poznał ich od środka. Nie wpadał z wizytą, tylko musiał żyć, pracować i się utrzymać. Nie, nie oznacza to, że ich wybiela, bo pokazuje wszystkie ich dziwactwa, które są trudne do przyjęcia, a dla Anglika to już wyjątkowo. Opisuje jak się sprawy mają, ale robi to z humorem. Pokazuje ludzi i ich punkt widzenia. Jeżeli jest sklepikarz, który oszukuje na wydawaniu reszty, to jest i taki, który nie i to tam Parks chodzi po bułeczki. Zdaję sobie sprawę, że w tym momencie porównuję dwie różne książki, ale sam Gilmour powiedział, że jego celem nie było napisanie tekstu akademickiego, a okładka obiecywała naprawdę co innego. Czy powinnam zarządać zwrotu pieniędzy gdyż towar okazał się niezgodny z opisem?

Italia

Z rozpędu zabrałam się za The Italians Barziniego, do którego podchodziłam już wcześniej, ale jego język wydawał mi się taki jakiś za bardzo poetycki, na pierwszych dwudziestu stronach było mi za mało wydarzeń i dat. W tym momencie jednak jest to znakomite antidotum na nastroje wywołane przez Gilmoura. Na razie jedyne, co mnie w tej książce martwi, to to, że została napisana pięćdziesiąt lat temu. Nie to, żebym nie miała na oku innych pozycji na temat współczesnych Włoch, i to na własnej półce. Jak dobrze jest zbierać książki!

 

Reklamy

2 thoughts on “historie włoskie

  1. Jak widać pan G. uważa ze największym problemem, a może i nieszczęściem Włochów jest to że nie urodzili się Anglikami ;) Pewnie o innych narodach tez pisałby krytycznie z tego powodu.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s