wydania

Kiedy przyjechałam na wyspy, zachłysnęłam się brytyjskimi wydaniami książek: wyspiarscy wydawcy wszyscy jak jeden mąż wydawali książki w jednym formacie, i jeśli na przykład kupowało się egzemplarze tylko w miękkich okładkach, można je było równo poustawiać na półkach i żadna nie wychodziła przed szereg i wszystkie były jednego wzrostu. Piękny widok dla każdego z moim zamiłowaniem do porządku!

Minęło jednak kilka lat i znudziły mi się „ułożone” brytyjskie wydania książek i zaczęłam przywozić sobie książki ze Stanów i wypatrywać amerykańskich edycji w antykwariatach. Bo, pomimo, zdawałoby się, tego samego języka, amerykański rynek wydawniczy działa nieco inaczej, nie tylko na książkę w miękkiej oprawie czeka się rok od premiery tytułu w twardej (w Anglii jest to tylko pół roku), ale też książki jednego pisarza wydawane są przez dwa różne wydawnictwa: jedno ma prawa na Stany, drugie na wyspy, tak na przykład Iris Murdoch w Anglii wydawana jest przez Vintage, a w Ameryce przez Penguina. W domu zebrałam ją w edycjach Vintage, ale od lat zasatanawiam się nad wymówką usprawiedliwiającą ponowne kupno jej książek właśnie w amerykańskim wydaniu pingwinowym. Być może jednak nie potrzebuję wcale wymówki, może wystarczy fakt, że bardzo mi się podobają?

Na pewno starczyłby gdyby książki w Stanach nie były takie drogie: wydania w miękkiej oprawie kosztują średnio równowartość 2,5-3 godzin pracy przy płacy minimalnej, a książki w Anglii, które też drożeją z roku na rok (pamiętam, kiedy można było książkę kupić za £5,99, a teraz na ogół kosztują £8,99), mimo wszystko cenowo mają równowartość 1,5 godziny pracy przy płacy minimalnej. Amerykanie  najwyraźniej traktują książki jako towar luksusowy.

Szczęśliwie dla mnie księgarnia obok mojej pracy ściąga coraz więcej książek wydanych w Stanach. Regularnie wrzucają końcówki wydawnicze z The New York Review of Books, którymi można się naprawdę porządnie obłowić, ale również książki innych wydawnictw: nie tylko nie potrzebuję biletu za ocean, aby móc kupić ładne książki, ale na dodatek mogę je kupić po cenach brytyjskich!

W ostatnich miesiącach wydania amerykańskie zaczęły pojawiać się nie tylko w dziale z obniżkami i to zaczęło wpływać dosyć mocno na moje decyzje zakupowe: kiedy weszłam do księgarni po opowiadania Flannery O ‚Connor wyszłam z jej powieścią tylko dlatego, że była wydana przez Farrar, Straus and Giroux i wystawała centymetr ponad inne książki. Brytyjskiego odpowiednika powieści szczęśliwie nie było, bo nie wiem, czy mogłabym usprawiedliwić wydanie o połowę więcej na książkę tylko tym, że uważam, że ma ładniejszą okładkę? No, może mogłabym przekonać samą siebie, że jest wydana na lepszej jakości papierze i że może nie zżółknie mi po roku czy dwóch?

Mój sposób kupowania wpłynął też i na to, co czytam, szczęśliwie dając mi usprawiedliwienie moim nieco powierzchownym upodobaniom. Bo to właśnie dzięki nim zaczęłam odkrywać amerykańskich autorów, zaczęłam czytać rzeczy, po które normalnie być może bym nie sięgnęła i ze zdumieniem zdałam sobie sprawę ile przyjemności sprawia spotkanie z czymś, co jest nam zupełnie obce. Kiedyś myślałam, że lubię tylko te piosenki, które znam. Dziś widzę, że nic mnie bardziej nie nudzi od słuchania ciągle tych samych piosenek.

I każdemu polecam spotkanie z Flannery O’Connor i The Violent Bear It Away, gdy ja tymczasam wyruszam na poszukiwanie amerykańskiego wydania jej opowiadań.

IMG_0099.JPG

Reklamy

19 thoughts on “wydania

  1. Kocham opowiadania Flannery! Cudne jest to amerykańskie wydanie z pawimi piórami <3
    Wcale Ci się nie dziwię, że wpadłaś w zachwyt – też bym się zachwycała spójnością :)

    Polubienie

  2. Nie zwróciłam uwagi na rozmiar angielskich wydań, chociaż bywam czasami w WHSmith, czy też przeglądam marketowe półki z książkami. Ale też z braku miejsca królują u mnie głownie e-wydania. Cóż, muszę to sprawdzić koniecznie i się pewnie zachwycić ;) (jak tylko wrócę z urlopu w Polsce).

    Polubienie

  3. Ja myślę, że ta polityka wydawania książek w twardych i miękkich okładkach na dłuższą metę doprowadziłaby mnie do szału. Zdarza mi się kupować nowości, głównie non-fiction, wydane w Stanach czy Wielkiej Brytanii, i bardzo nie lubię hardcoverów. Są za duże, trochę nieporęczne no i więcej kosztują, ale czasami kupuję od razu bo zależy mi na czasie i nie chcę czekać pół roku na paperback, który czasem jest lichy i pełno na nim blurbów. Wydania ebookowe sprawiają zresztą, że paperbacki są czy będą wydawane wcześniej, a tak w ogóle to powinni wziąć przykład z Europy kontynentalnej i dać sobie spokój z tym procederem. Forma w jakiej wydawane są książki Czarnego czy Karakteru odpowiada mi najbardziej.

    Polubienie

    1. zgadzam się z Tobą w całej rozciągłości! hardbacków nigdy nie kupowałam, i ze względu na cenę, i ze względu na miejsce, które zajmują. kiedyś jak jeszcze pracowałam w księgarni to ogłam książki pożyczać (tak, tak, mogłam traktować księgarnię jak bibliotekę!), a teraz po prostu cierpliwie czekam… i też najbardziej bym chciała, żeby wydawcy zrezygnowali z wydawania hardbacków, albo dawali ludziom wybór już od razu! naprawdę zastanawiam się czy im się to opłaca, i ile osób poza bibliotekami kupuje takie hardbacki.

      Polubienie

  4. Wydania są naprawdę ładne, a ja się bardzo irytuje tymi pierwszymi. Nowe książki, jak piszesz, wychodzą najpierw w twardych oprawach i to jest okej, ale ich ceny wahają się wtedy od 18 do 22 funtów (!!) Trzeba mieć anielska cierpliwość i niezwykle silna wole, by nie wydać tyle pieniędzy na książkę, którą chce się mieć już, natychmiast (przecież tak długo na nią czekałam). Bywają jednak specjalne oferty, np. ta sama książka w cenie 10 funtów w Tesco, ale chyba najlepiej w takich wypadkach zamawiać przez internet, choć to sporo odbiera z przyjemności kupowania i buszowania po polkach księgarni :)
    Poza tym, to edycje Vintage bardzo mi się podobają :)

    Polubienie

    1. tak, zgadzam się, czekanie na książkę w miękkiej oprawie i przystępniejszej cenie jest irytujące! dobrze, że przynajmniej nie muszę czekać roku, tak jak w Stanach…
      ja zawsze byłam większą fanką penguina, vintage mi się podobał jak ich książki miały w połowie żółto-kremowe okładki, bo te z czerwonymi (przynajmniej niektóre) są zbyt krzykliwe jak na mój gust.

      Polubienie

  5. Właśnie uświadomiłaś mi, że bycie bałaganiarzem ma swoje dobre strony.Przynajmniej nierówny szereg książek na półce nie jest mnie w stanie wprowadzić w stan zdenerwowania. Już szybciej w podniecenie ;)

    Polubienie

      1. w takim razie trzeba wejść na wyższy poziom, gdzie jest ci obojętne, czy masz na sobie dwie jdnakowe skarpetki! pomyśl jaka to oszczędność czasu ;)

        Polubienie

  6. Od lat zastanawiam się, dla kogo są wydania w twardej oprawie, zwłaszcza w tych większych niż przeciętne formatach. Toż to istne meble, dajmy na to stolik pod filiżankę.;)
    Dobija mnie, kiedy w jednej serii pojawia się od czasu do czasu inny format – tak np. zrobiło Czarne z kilkoma reportażami. Na półce nie zawsze wygląda to dobrze.
    Wydania książek O’Connor z ptakami na okładce są niezłe, moim zdaniem lepsze niż te ze zdjęciami. A tu trochę na temat:
    http://www.nytimes.com/interactive/2014/12/08/books/review/best-book-covers-2014.html?_r=0

    Polubienie

    1. moim zdaniem wydania w twardej oprawie są tylko i wyłącznie dla bibliotek, bo zniosą więcej wypożyczeń ;)
      Czarne też mnie zirytowało wprawadzeniem innego formatu! mogliby przynajmniej dać czytelnikowi wybór, a tak to pozostaje tylko bałagan na półce!
      dzięki za link! przypomniał mi jak jeszcze za czasów księgarni zaczytywaliśmy się wszyscy tym:
      http://causticcovercritic.blogspot.com

      Polubienie

  7. Ile czytelników tyle opinii, mnie znowu interesują twarde książki, ale też między innymi z tego powodu, że w Polsce sporo miękkich jest kiepsko wydawana, a poza tym w cenie nie ma jakieś znaczącej różnicy.
    Niewiele mam książek z wyspy, bo jednak w Polsce zarobki nie są zarobkami Brytyjczyków, rynku wydawnictw też nie znam dobrze, ale bardzo przypadło mi do gustu Folio Society. Szkoda tylko, że to wydawnictwo nie na moją kieszeń :)

    Polubienie

    1. tak, to prawda, w Polsce w cenie nie ma aż tak znaczącej różnicy, a i w rozmiarze również, nato miast w Anglii książki w twardej oprawie to prawdziwe cegły!
      a Folio Society to już w ogóle inna para kaloszy ;)

      Polubienie

      1. Ja mam nadzieję, że ta para kaloszy kiedyś i do nas, do Polski zawita :) Zresztą czas najwyższy, ebooki atakują, więc trzeba będzie się czymś wyróżnić.

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s