lubię, kiedy…

Już kiedyś pisałam, dlaczego nie czytam wstępów. Chociaż powinnam raczej napisać dlaczego nie czytam wstępów jako wstępów i zostawiam je sobie na deser po książce. Wtedy, nawet jak wstęp zdradza wszystkie wątki w powieści, nie poczuję się już pozbawiona przyjemności odkrywania. Wiem, nie zawsze czyta się tylko dla fabuły, fabuła nie zawsze jest najważniejsza, ale jeżeli to ona sprawia nam w książce wiele przyjemności, to po co się tego pozbawiać?

Wstęp przeczytany na końcu jest wtedy jak rozmowa z przyjaciółką, jak mini klub książkowy, jak przedłużenie lektury, tym bardziej sympatyczne im bardziej przyjemna była książka. Oczywiście są wstępy, które rozczarowują bez względu na to, czy czyta się je przed czy po lekturze. Są wstępy-streszczenia, które pomijam jak tylko zauważę brak jakiejkolwiek rozwiniętej myśli, są wstępy, z którymi się nie zgadzam, ale takie traktuję jak rozmowę z przyjaciółką, która lubi co innego w książkach.

Od czasu do czasu jednak korci mnie, żeby lekturę zacząć od przeczytania wstępu. Dlatego lubię, kiedy zapobiegliwy przedmówca ostrzega mnie tak: 

Ale jeszcze najbardziej lubię, kiedy wstępu w ogóle nie ma, a za to mamy posłowie. Najchętniej zorganizowałabym petycję, żeby wszyscy wydawcy byli zobowiązani do umieszczania posłowia:

Reklamy

2 thoughts on “lubię, kiedy…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s