wenecja

Co malarz miał na myśli? Nie jest to dobry początek wpisu, bo zdanie to kojarzy się nam z paniami od polskiego, które miały dla nas jedynie słuszną interpretację wiersza. O ile jednak potrafię sama zinterpretować wiersz, tak obraz, szczególnie ten dawny, i ten, który nie funkcjonuje w kulturze masowej, pozostaje mi niedostępny. Oczywiście, są obrazy, które jak Caravaggio w Palazzo Bianco w Genui, wzruszają i zapierają dech w piersiach, aż trudno od nich odejść i nikt nie musi mi mówić dlaczego. Ale coraz częściej zdaję sobie sprawę, jak wiele obrazów pozostaje dla mnie nieodkrytych, nie tylko dlatego, że malarz nie potrafił wywołać we mnie emocji tak jak Caravaggio, tylko dlatego, że ja nie umiem ich odczytać.

Żeby się więc czegoś o obrazach dowiedzieć, zabrałam się za czytanie Muratowa, chociaż on nie tyle o obrazach pisze, ile o swoich podróżach. Są to podróże nieco inne od naszych, bo wydaje się, że Muratow w opisywanych przez siebie miejscach zdołał się zadomowić. Wyróżnikiem jego opowieści jest też perspektywa historyka sztuki, bo oczywiście jako historyk sztuki Muratow wiele miejsca poświęca historiom obrazów i ich twórcom, a o sztuce pisze bez zadęcia. Nie próbuje czytelnika niczego nauczyć, chce mu po prostu coś opowiedzieć i podejrzewam, że to właśnie dlatego tak się go dobrze, lekko i płynnie, czyta. O Muratowie i jego serii Obrazy Włoch wspominałam już tutaj, przy okazji mojej wizyty w Mediolanie, gdzie czytałam tom Mediolan i Werona i się zakochałam. W Muratowie rzecz jasna.

Czytam teraz jego książkę o Wenecji i widzę to miasto jak je widział autor, spadkobierca wieku XVIII, bo ten wiek żyje jeszcze we wspomnieniach jego pokolenia: „zawsze się nam zdaje, jak gdyby w dzieciństwie ktoś opowiadał nam o owej epoce, powtarzając na starość to, co sam usłyszał, gdy był dzieckiem, i co zdołał zapamiętać” (strona 25). I też Muratow opowiada nam nie tylko o Wenecji i jej malarzach, czyli o Tintorrecie czy trzech Bassano, ale także o okolicznych miasteczkach, jak Castelfranco Veneto, mieście Giorgiona. W rozdziale „Wiek maski” przepięknie opisuje zmierzch weneckiej komedii dell’arte, ale jednym z najciekawszych rozdziałów był dla mnie ten poświęcony Casanovie. Czy tylko dlatego, że kończył życie jako bibliotekarz i wydawało mu się, że do szczęścia trzeba dobrze zaopatrzonej biblioteki? Tak, to prawda, kiedy w Zurychu chciał wstąpić do zakonu benedyktynów, postanowił tak z dwóch powodów: znakomitej kuchni i doskonale zaopatrzonej biblioteki.

Ale wspólna miłość do książek to nie jedyny powód, dla którego postać ta przykuła moją uwagę. Odnalazłam w niej pewne podobieństwo do Wenecji: to, jak dzisiaj widzimy Casanovę odpowiada temu, jak dzisiaj widzimy Wenecję, czyli i na miasto, i na uwodziciela patrzymy dziś dosyć powierzchownie. Casanova to przede wszystkim awanturnik i wielki rozpustnik, i czy Wenecja nie jawi się nam podobnie, jako wielka rozpustnica, zadeptana przez turystów? Czy dziś jeszcze można pod karnawałową maską ujrzeć jej prawdziwą twarz?

Są dwie Wenecje. Jedna – która wciąż jeszcze obchodzi jakieś święto, wciąż jeszcze rozbrzmiewa jakimś gwarem, trwa uśmiechnięta i leniwie wypoczywa na placu św. Marka, na Piazzetcie i na wybrzeżu degli Schiavoni. Od tej Wenecji nieodłączne są gołębie, stały napływ cudzoziemców, stoliki przed kawiarnią Floriana, sklepy ze wspaniałymi wyrobami ze szkła. (…) To życie ma swój urok. Ale nieodmiennie przynosi chwile smutku. Zresztą Wenecja nie ogranicza się do placu św. Marka i do Piazzetty. Wystarczy zapuścić się nieco w głąb miasta i oddalić od San Marco, aby nastrój nasz całkiem się zmienił. (…) Na jakimś mostku przerzuconym nad wąskim korytarzem, na przykład na Ponte del Paradiso, można oddać się marzeniom, zasłuchać się , na długo odejść spojrzeniem w zieloną głębię z lekka kołyszących się zwierciadlanych obrazów. W takich chwilach odsłania się przed nami inna Wenecja, której nie znają liczni bywalcy Floriana i której istnienia nie sposób odgadnąć, sądząc po lekkomyślnym i dziecinnie próżniaczym życiu na placu św. Marka. 

Paweł Muratow, Obrazy Włoch. Wenecja, str. 5-6

Podobno w listopadzie, na początku tygodnia na weneckich calle jest pusto, i może wtedy uda się dojrzeć tę drugą Wenecję? Jeśli jeszcze jest.

Wenecja

Advertisements

7 thoughts on “wenecja

  1. W obrazach fascynuje mnie ich wielowarstwowość, właśnie. Można pozostać na poziomie zachwytu sensualnego, np światła, czy gęstości i sposobu kładzenia farby, można też intelektualnie: poprzez odszyfrowywanie znaczeń, u takiego Vermeera np. (Lekcja Muzyki (Dama przy wirginale w towarzystwie mężczyzny), 1662-1664 olej/płótno Londyn, Buckingham Palace, Royal Collection) nie chodzi tylko o światło, ale w zatrważającym stopniu o geometrię. Można sprawę prześledzić chociażby przy pomocy wspomnianej „Lekcji…”, a przecież to nie wszystko Caravaggio malując próbował odkupić swoje przewinienia w życiu jak najbardziej doczesnym, swoją perspektywę widzenia świata wykładał na obrazach, a że nie każda osoba, nawet można i wykształcona potrafiła (podówczas) ją odczytać? A co z Boschem, o którym tak mało wiemy? Oj… Poruszyłaś czułą strunę… Moją.

    Lubię to

    1. Dokładnie :) Ostatnio byłam na spotkaniu poświęconym portretowi papieża Juliusza II pędzla Rafaela, i ile w tym jednym portrecie znajduje się historii! Ale dowiemy się o nich dopiero kiedy z uwagą przyjrzymy się innym portretom tamtego czasu, nawet innym przedstawieniom tego samego papieża!
      Tak, dla mnie to też „czuła struna”, historie obrazów zajmują mnie coraz bardziej. Podejrzewam, że będę tę tematykę poruszać tutaj częściej.

      Lubię to

      1. Nieskromnie zapraszam do siebie, wiem, wiem, że blog jest podlinkowany na dole, w niektórych wpisach jest właśnie o malarstwie. Jakbyś chciała, to proszę bardzo. Myślę, że mamy przynajmniej jedno (prócz książek) wspólne zainteresowanie. Ale fajnie. :-) Twój ulubiony malarz/ malarka to (nie pytam o Caravaggia)?

        Lubię to

      2. :) zaglądam, nawet kojarzę wpis z Vermeerem w tle!
        ciężko byłoby mi wybrać ulubionego malarza czy malarkę, mam za to swoje ulubione obrazy. na przykład z National Gallery „Egzekucja Lady Jane Grey” Paula Delaroche. z mediolańskiego Zamku Sforzów ulubionymi obrazami są martwe natury Giuseppe Voló detto Vicenzino, chociaż pewnie na tle innych martwych natur nie wyróżniają się za specjalnie, mnie akurat zapadły w pamięć. jakoś niczego nie zapamiętałam z Pinoketki Breri, poza słynnym Mantegną, ale to zwalam na karb zmęczenia ;) bardzo lubię też holendrów, ale nie dam rady sypać nazwiskami. o, teraz przypomniało mi się, że kiedyś uwielbiałam Modiglianiego, ale to było raczej młodzieńcze zauroczenie ;)

        Lubię to

  2. Napisałam dłuuugi komentarz, który mi zeżarło. No chyba mi czcionka zaraz zblednie. A już padam z nóg.
    Zadziwiające jest dla mnie, jak bardzo rozległą wiedzę trzeba było mieć nie tylko żeby tworzyć, ale także odczytywać w sposób trafny alegorie, znaczenie, powiązania. Przecież takie lekcje anatomii (tak było więcej niż jedna, przecież to cały ruch był) to wielokrotne naznaczenie skazańca. Skazańca, który choć potępiony (przecież samo dokonanie sekcji było traktowane jako przedłużenie kary)to koniec końców ocalony. A szaleństwo tulipanowe w Holandii no toż przecież kuriozum, gdyby chcieć spojrzeć (i niestety) ocenić z dzisiejszej perspektywy.
    Reszta tu, by się nie powtarzać http://wp.me/p59KuC-rL .
    Zadziwiająca jest owa wielowarstwowość również dlatego, że sposób tworzenia sztuki (malarstwo/ rzeźba) było komentarzem do ówczesnych wydarzeń, z jednej strony, przepustką do nieśmiertelności z drugiej, z trzeciej socjologią stosowaną, jak chociażby w przypadku Tratwy Meduzy ( http://wp.me/p59KuC-vi ) Leonardo bardzo dużo wiedział o mechanice człowiaka, ale przecież to nie było nic niezwykłego, wszyscy marze tworzyli mając do dyspozycji zwłoki, , w szpitalach, w prosektoriach, a że kobietom nie można było tego robić, tworzyły tylko te z nich (te z nich przecierały szlaki, które miały szansę na odziedziczenie zawodu (patrz Boznańska). A dlaczego właśnie: Egzekucja Lady Jane Grey? I wspomniane przez Ciebie martwe natury, te- a nie inne? :-) Pytam, ale jeśli to osobiste pytanie…

    Lubię to

    1. nie dziwię się, patrząc na porę ;)
      tak, trzeba było mieć rozległą wiedzę i Leonardo faktycznie bardzo dużo wiedział o budowie (i mechanice, jak mówisz) człowieka, i był on w tym wyjątkowo dokładny (atlasy anatomiczne później się przecież na nim właśnie wzorowały). zastanawiam się tylko czasami, czy umiejętność odczytywania alegorii nie była czymś naturalnym, tak jak dla nas jest umiejętność odczytywania nawiązań z książek czy filmów na przykład?
      dlaczego Egzekucja Lady Jane Grey? to był obraz, który najlepiej zapamiętałam z mojej pierwszej wizyty w National Gallery, pierwszej wizyty w muzeum takiego formatu. uderzył mnie jego format, i kunszt sztuki malarskiej, pamiętam jak z przyjaciółką przyglądałyśmy się szczegółom i nie mogłyśmy od niego odejść. mam do niego pewien sentyment, chociaż wiem, że operuje on dosyć prostą symboliką, ale jakoś mi to nie przeszkadza.
      a dlaczego te, a nie inne, martwe natury? hm, to mi trudniej wytłumaczyć. w castello sforzesco w ogóle nie było zbyt wiele martwych natur, więc może dlatego one przykuły moją uwagę, dlatego je zapamiętałam?
      dziękuję za linki, będę miała co czytać!

      Lubię to

      1. Hmm, ad vocem pory, dzisiaj chciałam sobie posolić kawę, taka byłam zadowolona i wyspana. Ciekawe pytanie, wydaje mi się, że to zależy od kilku czynników. Na przykład obrazy malowane przez Boscha były w dłużej mierze tworzone dla osób niepiśmiennych, obrazy miały za cel wywołać przeszywające poczucie trwogi, niedoli i skończoności wobec Boskiego majestatu.
        Na pewno osoby zaliczane do arystokracji/ inteligencji były kształcone w tych kierunkach by móc odczytać alegorie , (przykład tu: http://wp.me/p59KuC-oV ). Eleonora Akwitańska otoczona była nie tylko możnymi, ale osobami wyszyałconymi. Poza tym, owi możni wiedzieli, że uwiecznienie w obrazie, jest przepustką do wieczności, dlatego też czytając obrazy widzimy tyle „błędów”… Poza tym, czy to był Leonardo, czy Caravaggio, czy każdy inny malarz, oni uczyli się w szpitalach, w prosektoriach, mieli więc pojęcie o ciele, poza tym, biorąc pod wzgląd życie Leonarda, malarstwo, choć ważne nie wiodło dla niego najważniejsze, lecz np sztuka wojenna i konstruowanie maszyn, choćby ze względu na fakt, że to dawało mu utrzymanie, było najważniejsze dla królów.
        Malarze bardzo często (żeby nie napisać, że jest to regułą) bawili się z możnymi w kotka i myszkę, sprzedając przy okazji swoją wizję świata, nie zgodną z zamówieniem, chyba jednak z tym odczytywaniem nie było, aż tak dobrze…:)
        PS. Nie lubię podrzucać linków, z tej przyczyny,że mam złe skojarzenia typu: „fajny blogasek, zapraszam do siebie” :-)

        Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s