w Aliano

W Anglii, w kraju, który słynie z niechęci do czytania tłumaczonej literatury, książkę Carlo Leviego Chrystus zatrzymał się w Eboli można znaleźć niemal w każdej większej księgarni. W Polsce natomiast, pomimo tego że tłumaczy się dużo, czytamy tylko nowości i lektury szkolne, więc Levi jeśli jeszcze gdzieś jest, to na zakurzonych półkach bibliotek, najprędzej gdzieś ukryty głęboko w magazynie. Może się znajdzie w jakimś antykwariacie, chociaż wątpię, bo książka wydana przez Książkę i Wiedzę w 1949 roku (w tłumaczeniu Alfreda Gontyny) nie doczekała się wznowienia. A szkoda.

Carlo Levi, urodzony w Turynie bardziej malarz i pisarz niż lekarz, za swoją działalność antyfaszystowską został zesłany na południe Włoch, najpierw do Grassano, poźniej do jeszcze mniejszej wioski, w powieści nazwanej Gagliano, w rzeczywistości Aliano. W ten sposób faszyści radzili sobie z niepożądanym elementem, również jeden z bohaterów Naszych dni wczorajszych Natalii Ginzburg, Franz, został zesłany na południe. Ale nie o samym zesłaniu jest ta książka, tylko o mieszkańcach Aliano i o południu Włoch.

„Chrystus zatrzymał się w Eboli” – to powiedzenie, które często się słyszy w Aliano. Oznacza ono, że tam nie dotarł ani Chrystus, ani chrześcijaństwo, ani nikt. Mieszkańcy Aliano zostali zapomniani przez wszystkich. Ich codzienne problemy można by było z odrobiną wysiłku rozwiązać, niestety nawet tej odrobiny nikt nie chce włożyć. Do tego trzeba by zrozumieć prostego człowieka z południa, jego problemy, a tu nikt nawet tego nie próbuje. Ani rząd w Rzymie, ani władze lokalne, ani ksiądz, który porównuje swoich parafian do zwierząt. Malarii, która co roku dziesiątkuje ludność tego regionu też można zapobiec, ale nikt nie robi niczego w tym kierunku. Mieszkańcy nie mają znikąd pomocy, o tych co wyjechali do Ameryki słuch zaginął, ci, którzy zdecydowali się wrócić i zostać, kupili ziemię, wiodą taki sam żywot jak wszyscy pozostali i marzą o Ameryce. Dwaj wioskowi lekarze są niekompetentni i narzekają jedynie, że chorzy nie płacą im za leczenie, tak jak nakazuje dyrektywa rządu. A nie płacą, bo nie mają czym. Leczy ich więc Levi, chociaż mówi o sobie że jest malarzem, a studia medyczne jedynie skończył. O totalnym niezrozumieniu sytuacji biedaków z Aliano świadczy chociażby wprowadzenie podatku od kóz, bo rząd uznał je za zwierzęta, z których jest więcej szkody niż pożytku. Nikt nie pomyślał, że dla ludzi z biedniejszych regionów koza jest idealna, bo pożywi się byle czym, a da ser i mleko. Niestety, ci, których nie było stać na kolejny podatek, musieli się swoich kóz pozbyć, a często były one jedynym żywicielem rodziny.

Pomimo tego, że od 1936 roku wiele się zmieniło, „problem południowy” i podział na bogate Włochy północne i biedne Włochy południowe nadal istnieje. Ta książka jednak jest warta lektury nie tylko dlatego, że nazywa przyczyny problemu, nie tylko dlatego że opowiada o mieszkańcach pamiętających jeszcze partyzantów z czasów Garibaldiego, którzy wcale tacy przychylni zjednoczeniu Włoch nie byli. Bo poza tym Carlo Levi daje nam książkę niezwykle mądrą, napisaną z humanitaryzmem i zrozumieniem dla „obcego” (tu tym obcym jest zwykły mieszkaniec południa kraju).

Carlo Levi

Levi ma coś więcej niż dar obserwacji, dzięki któremu opisuje miasteczko, jego mieszkańców, i ich te bardziej i te mniej chrześcijańskie (czy wręcz pogańskie) zwyczaje i wierzenia. Ma też wrażliwość i nie gardzi innymi tylko dlatego, że tak samo jak w medycynę wierzą w zaklęcia i talizmany. Jego narracja też jest przemyślana, dzięki czemu książka ta porusza. Dostrzegłam to w trakcie lektury: z początku ta powieść reportażowa wydawała mi się po prostu zbiorem obrazków z Aliano i Grassano, ładnych, ciekawych, ale obrazków, z czasem ukazała swoją przemyślaną konstrukcję, obrazki złożyły się w obraz świata opuszczonego, zapomnianego, pełnego rezygnacji. Levi posiadał też dar do opisywania tych dostrzeżonych obrazków, pisze mądrze, wzrusza, a jego słowne obrazki nie są pozbawione poetyckiego uroku. Książka na pewno warta odkurzenia.

Advertisements

7 thoughts on “w Aliano

  1. Szkoda wielka, że jej nie wydano już nigdy po 49 roku.
    Dzisiaj jednak wydawcy kierują się wyłącznie zyskiem chociaż z drugiej strony wydaje się książki nic nie warte…które się nie sprzedają.
    Na allegro spotkałam ja ale tylko po angielsku.
    Natomiast jest jego inna książka, ale to zbiór chyba esejów.

    Po tym co napisałaś chętnie bym sięgnęła po nią…..z ciekawości zapytam w bibliotece.

    Lubię to

    1. smutne są przypadki takich zapomnianych książek. ja nie rozumiem tej polityki wydawniczej, bo w Stanach czy w Anglii pewne książki są zawsze dostępne. i jasne, można dyskutowac o ich miejscu w kanonie, ale są, w pewien sposób funkcjonują w świadomości, przynajmniej tej czytającej części społeczeństwa. nawet o nowościach jakoś dłużej się pamięta, a przeczytanie książki, która została wydana pół roku wcześniej nie nazywa się ‚nadrabianiem zaległości’.
      bardzo zachęcam do sięgnięcia po tę książkę Leviego, naprawdę jest warta lektury.

      Lubię to

  2. Tytuł/wyrażenie wydaje mi się znajome, ale może książka mignęła mi w jakimś amazonie.;( Pozostaje mi pozazdrościć lektury.
    A jak jest z przekładami np. literatury bałkańskiej w UK?

    Lubię to

    1. zapomniałam wspomnieć, że jest też film Francesco Rossi pod tym samym tytułem, stąd też można go kojarzyć.
      jeżeli chodzi o literaturę bałkańską, to w Polsce wydaje jej się chyba więcej, ma ona też szersze grono odbiorców. tu tłumaczy się Ugresic, Ivo Andrica, Danilo Kiša, czyli literaturę już raczej nie najnowszą. jakąś popularnością cieszyła się książka ‚Zakopać maszynę do pisania’, ale była ona napisana po angielsku.

      Lubię to

      1. Fakt, może kojarzę tytuł z kina.
        Tak mi się właśnie wydawało, że u nas jednak więcej jest przekładów z lit. bałkańskiej, ale to w końcu zrozumiałe – nam do niej bliżej kulturowo.;)

        Lubię to

  3. A tak niekoniecznie w temacie: lubisz tłumaczenia angielskie, czy lepiej szukać polskich? Trochę głupio i ogólnie się pytam, ale czasem się zdarza, że czegoś szukam i łatwiej kupić/znaleźć tłumaczenie na angielski niż polskie wydanie (jeśli się ukazało..)

    Poza tym: teraz ebooki ratują sytuację klasyki. Jeszcze nie tak dawno naszukałam się strasznie książek z cyklu o Rougon-Macquartach (zachciało mi się chronologicznie przeczytać całość) i zdobycie pierwszej wyczerpało mnie niezmiernie. Teraz patrzę: empik wszystkie w wersji elektronicznej już ma.

    Lubię to

    1. z tłumaczeniami to zależy, chyba przede wszystkim patrzę kto wydał i kto przetłumaczył, na przekład Ferrante przeczytałam po angielsku, i bardzo dobrze się z tym czułam. literaturę wschodnio-europejską czy bałkańską wolę czytać jednak w polskim tłumaczeniu, bo jakoś mi się wtedy wydaje, że jestem bliżej oryginału :)
      masz rację z tymi ebookami, ja często o nich zapominam, a przecież mogą być sposobem na zdobycie wielu pozycji! swojego czasu korzystałam ze strony projektu guttenberg, liczba książek (co prawda tych starszych) oszałamiająca!

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s