pożytki z pracy w bibliotece

Czy wiedzieliście że na drugim miejscu listy najbardziej pożądanych zawodów w Wielkiej Brytanii jest bibliotekarz? Nie wiem, gdzie oni robili badania, bo na pierwszym miejscu znalazł się pisarz, a na trzecim pracownik naukowy! To chyba świadczy o tym, że Brytyjczycy cenią sobie komfort, bo to jest to, co łączy te zawody, przynajmniej stereotypowo. Bo podejrzewam że wszyscy ci, którzy stwierdzili że marzą o pracy w bibliotece, wyobrażają sobie, że praca ta polega na czytaniu książek całymi dniami, a ci, którzy marzą o pracy pisarza, w życiu nie przeczytali wywiadu z żadnym z autorów, który by mówił, że pisanie to jest przecież praca. Cóż, rzeczywistość wygląda nieco inaczej niż nasze wyobrażenia o niej: i nikt bibliotekarzom nie płaci za czytanie książek, a nawet nie każdy bibliotekarz ma z nimi w swojej styczność, szczególnie dziś (moja praca, na przykład, polega na pisaniu maili).

Oczywiście dla bibliofila praca w bibliotece ma wiele zalet nawet jeśli nie można całych dni spędzać na czytaniu. Zacznijmy od tego, że daje ona praktycznie nieograniczony dostęp do książek, bo zawsze można namówić kolegę, żeby poszukiwaną pozycję kupił do biblioteki. Jeżeli nikt inny nie jest nią zainteresowany, to tym lepiej, bo dzięki temu możemy ją trzymać u siebie na półce nawet i dwa lata. Ale najważniejszą zaletą pracy w bibliotece są nie książki, ale ludzie. Rzadko się przecież zdarza, żeby na pracę w bibliotece decydował się ktoś, kto książek czytać nie lubi albo ich czyta mało, takie osoby w bibliotekach należą zdecydowanie do mniejszości. A, poza obcowaniem z samą książką, nie ma chyba niczego lepszego ponad obcowanie z osobami, które te książki czytają. Jasne, nie zawsze zaczynamy dzień od dyskusji na temat Grahama Greene’a, bo jak jest Cheltham Festival, to zaczynamy od obstawienia koni. Ale jak dział dostanie nawet skromny kupon do Amazonu, to spędzamy pół dnia wybierając książki, a wspólne zakupy książkowe to kolejna rzecz na mojej liście rzeczy najbardziej przyjemnych!

Zawsze też znajdzie się okazja do rozmowy o książkach, wymiany książkami czy pożyczenia nowej książki. A ja z kolei znajduję sporą motywację do czytania, kiedy książkę pożyczy mi szefowa. Motywacja w moim przypadku akurat była niezbędna, bo po lekturze Crossing to Safety przeżywałam swojego rodzaju kryzys czytelniczy, który trwał całe pięć dni. Remedium na to okazała się lektura Love, Nina – lektura lekka, ale niegłupia i bardzo przy tym sympatyczna, którą polecam każdemu, kto kiedykolwiek w jakikolwiek sposób zetknął się z kulturą brytyjską, szczególnie literacką, i teraz za nią tęskni, bo jest to książką na wskroś brytyjska. Myślę, że sama sobie kupię tę książkę i będę czytać raz do roku jak już wrócę na łono ojczyzny.

Love, Nina składa się z listów Niny (oczywiście!) do jej siostry Victorii. Nina pracuje jako niania u redaktorki „London Review of Books”, Mary-Kay Wilmers, do której na obiady regularnie przychodzi Alan Bennett, i która za sąsiadów ma Clare Tomalin i Michaela Frayna. Sama Nina ma cięty język i doskonały zmysł obserwacji, ale po lekturze książki to w Mary-Kay się zakochałam. Teraz na pytanie,, kim chciałabym być jak dorosnę, odpowiadam, że Mary-Kay właśnie (świetny artykuł o niej znajdziecie tutaj). Zakochałam się w Alanie Bennett’cie (propozycje poprawnej odmiany tego nazwiska są mile widziane!), którego dziennik już od dłuższego czasu śledzę na Twitterze, i który nie tylko potrafił pisać, ale jak się okazuje potrafił też doradzić w kuchni, i naprawić rower (to u mnie zawsze duży plus!) jak i inne urządzenia gospodarstwa domowego.

Jednym zdaniem Love, Nina to książka napisana sprawnie i z humorem, bezpretensjonalna; także polecam każdemu, i mam nadzieję, że ktoś ją porządnie przetłumaczy na polski, co by cieszyła też polskich anglofilów!

Love Nina

raport biblioteczny

Kiedy ze trzy tygodnie temu przeczytałam w gazecie, że wiosna prędko nie nadejdzie (i że spokojnie, to normalne, że wiosna nie przychodzi z początkiem marca, że temperatura poniżej siedemnastu stopni w marcu to też jest całkiem normalna rzecz), pomyślałam sobie, eee tam, jak zwykle panikują, będą ze trzy dni chłodów i tyle. Tymczasem jak jest, każdy widzi. Uniwersyteckie ogrzewanie siadło i nie jest w stanie ogrzać wszystkich budynków. Studenci na wszelki wypadek postanowili więc zostać w domu, a tym, którzy jednak wyszli, niska temperatura chyba spowodowała wyłączenie co po niektórych zwojów, albo też i nigdy one nie działały, gdyż skarżą się na to, że większość książek w naszej slawistycznej bibliotece jest po rosyjsku.

Ogólnie jednak panuje przedświąteczna cisza i spokój. Vladimir czyta podręczniki do gry w szachy (a tak w ogóle to podejrzewam, że oszukuje!), Irenka przegląda w internecie zdjęcia butów, Ann gada do siebie trochę więcej niż zwykle (cóż, może w zimie jest jej jakoś bardziej samotnie), kolega z Australii też jakoś bardziej rozmowny, ale towarzyszy mu przy tym procentowy powiew (cóż, pewnie inaczej nie byłby w stanie w ogóle przyjść do pracy), szefowa zamyka się u siebie w pokoju, podejrzewam, że już nie może patrzeć na to, jak godzinami czytam książki, już nawet nie pod biurkiem. Tylko biedny Marcin zawsze znajdzie sobie coś do roboty, choroba to jakaś musi być, innego wytłumaczenia nie znajduję.

A czytam sobie takie oto rozmowy:

wywiady

luty

… pachnie już wiosną. W ramach przerwy na herbatę wybrałam się na spacer do pobliskiego parku:

DSC_0398

W przyszłym tygodniu studenci mają przerwę na czytanie, tak zwany reading week, i moglibyśmy się spodziewać nadrabiających zaległości tłumów w bibliotece i kolejek do książek. Gdzie tam. Dla większości właśnie rozpoczynają się ferie. W bibliotece cicho i pusto. Przetrzebiło również nas, bibliotekarzy. Jedna trzecia chora, druga trzecia na urlopie, trzecia trzecia udaje że pracuje. Nawet szefowa niespodziewanie wzięła dziś dzień urlopu. Nie wiem jak mogłam ominąć w jej kalendarzu na czerwono zapisane wolne, musiała się chyba na nie zdecydować naprawdę w ostatniej chwili. Ku mojej wielkiej radości. Tym większej, że jej nieobecność wiążę się z tym, że nie muszę robić żadnych wyliczeń finansowych, a tym bardziej nikomu tych wyliczeń tłumaczyć.

Siedzę sobie więc i czytam styczniowe „Nowe Książki”, w których to Zbigniew Mikołejko opowiada o zamierzchłych i cudownych czasach swojej młodości. Cudownych nie tylko dlatego, że zamierzchłe, ale dlatego, że wtedy czytanie było główną rozrywką społeczeństwa. Cudownych dlatego, że wtedy łobuzowanie polegało na zabieraniu młodszym kolegom nie najnowszych gadżetów elektronicznych, ale książek z biblioteki:

Otóż Henryk Kenio mieszkał z rodzicami i siostrą na poddaszu domu, który należał do państwa Legowiczów, a ja się przyjaźniłem z Jankiem Legowiczem. Janke też namiętnie czytał, ale byliśmy trochę starsi od tego, a jakże, również roczytanego na swoje neiszczęście, Henia. Nie chciało nam się chodzić do biblioteki, bo była strasznie daleko, ale Henio miał w sobie więszę „wolę mocy”. Czailiśmy się więc na niego jak zbiry w ogrodzie, a on się biedny przemykał z trzema książkami pod pachą, bo można było wziąć trzy tylko. Chciał być pierwszym czytelnikiem, przed nami. Wstyd powiedzieć, ale zabieraliśmy mu tr książki, a on się wił niczym piskorz, wrzeszczał prawie płakał, bo oddać ich nie chciał. Ale byliśmy bezlitośni. Bardzo mu współczuję teraz, ale wtedy współczucia nie miałem.

 W przerwach pomiędzy kolejnymi artykułami z „Nowych Książek” podczytuję sobie wczesne opowiadania Iana McEwana i odliczam minuty do późnej przerwy obiadowej, kiedy to wyskoczę sobie na piwko.

Tak, lubimy piątki.