co czytasz?

„Co czytasz?” Tym pytaniem, w najnowszej powieści Ali Smith Autumn, Daniel Gluck witał swoją małą sąsiadkę, Elisabeth Desmond. Dziś Elisabeth ma 32 lata, Daniel 101, a Wielka Brytania nieznaczną większością głosów w czerwcowym referendum postanowiła wyjść z Unii Europejskiej. Tak, Autumn jest pierwszą pobrexitową książką wydaną w UK, napisaną zaledwie w parę miesięcy. Jest też pierwszą częścią tetralogii, której poszczególne tomy mają odpowiadać porom roku.

Powieść opowiada nie tylko o pobrexitowej Wielkiej Brytanii, ale też o przyjaźni pomiędzy Elisabeth i jej sąsiadem, Danielem. Przyjaźni, która jeszcze bardziej rozbudziła ciekawość świata i tak dosyć ciekawskiej ośmiolatki i zaważyła na jej późniejszych wyborach: to Daniel opowiedział jej o Pauline Boty, która stała się później tematem jej pracy licencjackiej. Podejrzewam też, że to też on sprawił, że Elisabeth stała się czytelniczką, kiedy stawiał jej na początku każdego spotkania pytanie „Co czytasz?”.

Ja też postanowiłam na nie odpowiedzieć.

co czytasz

Więc co czytam? Ostatnio, wyjątkowo, to, co wszyscy. Czytam więc (albo raczej słucham) Ali Smith, którą rzecz jasna uwielbiam, chociaż miałam wątpliwości co do książki napisanej w tak szybkim tempie, dlatego też zdecydowałam się na jej odsłuchanie. Autorka jednak nie rozczarowała, a ja coraz bardziej przekonuję się do tej formy lektury jaką jest słuchanie audiobooków. W Autumn otrzymałam to, w czym Smith jest najlepsza: ekscentryczną bohaterkę, a nawet bohaterów, wyjątkową wrażliwość językową, którą u tej pisarki po prostu uwielbiam, wyjątkową wrażliwość na otaczającą rzeczywistość (nie bez znaczenia jest tu jednak fakt, że ta wrażliwość jest mi bliska). Lubię również, jak Smith przypomina zapomniane postaci ze świata artystycznego, a tym razem jest to Pauline Boty, przedwcześnie zmarła przedstawicielka brytyjskiego pop artu.

Poza Ali Smith, zainspirowana licznymi instagramowymi postami i mglistym wspomnieniem udanej lektury Lorda Nevermore, sięgnęłam po Wróżbę Agnety Pleijel, wydaną w Polsce przez Karakter. Tu się niestety nieco rozczarowałam, bo powieść owszem, niezła, ale mnie nie oczarowała. Nie potrafiłam się przejąć bohaterką, pod koniec książki zaczęła mnie wręcz nużyć. Czyżbym wyrosła z powieści o wchodzeniu w dorosłość, o trudnych relacjach matek i córek? Nie sądzę, bo kilka tygodni temu przeczytałam Hot Milk Deborah Levy, powieści nominowanej do tegorocznego Bookera, której lektura sprawiła mi sporo więcej przyjemności, której styl o wiele bardziej mi się podobał. Być może spowodował to klimat tej powieści, bo jej akcja rozgrywa się w rozgrzanej słońcem Hiszpanii, być może spowodowała to sama bohaterka, Sofia, której sytuacja wydawała mi się nieco trudniejsza od sytuacji bohaterki Pleijel, ale która o wiele lepiej sobie z nią radziła. Sam styl prowadzenia narracji u Levy, lżejszy i z humorem, też zdawał mi się o wiele bardziej odpowiadać.

Co jeszcze? Wszyscy czytają też Elizabeth Strout, czytam i ja. Nie zabrałam się jednak za Mam na imię Lucy, tylko za jej wcześniejszą książkę, Olive Kitteridge, i muszę przyznać, że jest to jedna z najlepszych książek, jakie dane mi było czytać w ostatnich miesiącach. Niby powieść, niby zbiór opowiadań połączonych osobą Olive, która nie zawsze jest główną bohaterką, ale w każdym opowiadaniu gdzieś się przewija, coś mówi, wpływa na pozostałych bohaterów. Olive Kitteridge zachwyca językiem, podczas lektury miałam wrażenie, że Strout pisze starannie i uważnie dobiera słowa, ale że nie przychodzi jej to z trudnością (być może jest inaczej, ale myślę, że lepiej, kiedy czytelnik o tym nie wie). I jeszcze chciałabym użyć tutaj paru górnolotnych słów i powiedzieć, że opowieści Strout są piękne i prawdziwe. Czy śmiem? Nie wiem.

A Wy? Co czytacie?

netsuke

Nie ukrywam, z panem de Waalem miałam problem. Zanim poznałam jego książkę, poznałam autora, no, może nie tak naprawdę, ale poszłam na spotkanie autorskie, które okazało się jednym z tych bardziej sympatycznych, na jakich dane mi było być. Zaraz po spotkaniu rzuciłam się więc czytać Zająca z bursztynowymi oczami i pierwsze rozdziały pochłonęłam z przyjemnością. Niestety, kiedy Edmund de Waal ze swoją rodzinną narracją przeniósł się do paryskiego pałacu Ephrussi, było nieco gorzej, a kiedy stanął na wiedeńskiej Ringstrasse zrobiło się jakoś w ogóle nudno i utknęłam z lekturą na kilka miesięcy. Ba, na pół roku nawet!

edmund de waal

Dopiero po sporej dozie odpoczynku powróciłam do Zająca… chociaż opowieść wiedeńska nadal szła mi opornie. Kontynuowałam lekturę chyba tylko z sympatii do autora i dlatego, że bardzo chciałam przeczytać jego najnowszą książkę, Biały szlak*, którą moja koleżanka okrzyknęła jedną z najlepszych książek przeczytanych w tym roku, jedną z top trójki nawet, a sama przez Zająca… (jeszcze) nie przebrnęła. Ale ja postanowiłam przebrnąć, pomimo tego że chwilami się zastanawiałam, czy ta książka naprawdę jest adresowana do powszechnego czytelnika, a nie jest publikacją skierowaną do węższego grona odbiorców, czyli samego autora i jego rodziny.

Szczęśliwie, końcowe partie książki, na które składa się opowieść wojenna i powojenne losy netsuke, wynagradziły mi moje trudy. Zając… to nie jest jednak książka, która zostanie we mnie na długo, chociaż autora nadal lubię, bo najlepsze chwile przy lekturze miały miejsce właśnie przy spotkaniach z autorem, kiedy opowiadał więcej o sobie, swoim czasie w Japonii, swoim stosunku do rodzinnego skarbu, który przypadł w udziale właśnie jemu. Polubiłam go jeszcze bardziej, kiedy wtaszczył do domu ogromne witryny zaadoptowane po remanencie  w Victoria & Albert Museum i ustawił je w salonie, żeby jego dzieci (i on sam) mogły sięgnąć po netsuke, kiedy tylko będą chciały.

*Wydawnictwo Czarne planuje publikację na styczeń przyszłego roku.

oczy zasypane piaskiem

Wystawę obejrzało siedem tysięcy ludzi. Chodzili między fotografiami z rozdziawionymi ustami; Tel Awiw nie miał pojęcia jak naprawdę wygląda Hebron, choć każdego dnia słuchał na przykład: „Palestyński snajper ostrzelał siedlisko Tel Rumeida. Armia odpowiedziała ogniem”.

Paweł Smoleński, Oczy zasypane piaskiem, str. 82

Powyższy fragment dotyczy wystawy fotografii zorganizowanej przez Jehudę, byłego żołnierza izraelskiego; Wystawione zdjęcia przedstawiały codzienne życie w izraelskim wojsku, a sama wystawa stała się przyczynkiem do powstania organizacji weteranów Przełamać Ciszę. Lektura książki Smoleńskiego przypomina taką wystawę właśnie: reportaże tutaj zebrane są jak zdjęcia przybliżające codzienne życie w strefie okupowanej, życie, o którym nie mamy pojęcia i którego nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, bo zwykłe komunikaty prasowe nie są w stanie go nam przybliżyć.

Smoleński

Oczy zasypane piaskiem to z pewnością nie jest książka dla emocjonalnych leniuchów, bo niektórym czytelnikom przypomni, innym dopiero ukaże, w jakiej iluzji żyjemy dzisiaj w Europie, jak w bańce. To, że na naszym podwórku jest względny spokój, nie oznacza, że jest tak wszędzie. Bo nasze podwórko to tak naprawdę tylko skrawek świata, a Europa, czy nawet Ameryka, pomimo swoich wpływów to nie są centra świata i nic nie pomoże, że my tak myślimy i bardzo w to wierzymy. Życie dzieje się też gdzie indziej, a my często o tym zapominamy lub po prostu nie chcemy pamiętać.

W swoich reportażach Smoleński stara się być bezstronny, a przynajmniej pokazać obie strony konfliktu (i moim zdaniem mu się to udaje). Nie oznacza to jednak, że nie jest w nich osobisty, i to chyba jest największą siłą tej książki, i tego autora w ogóle. Smoleński w swoich rozmowach z Palestyńczykami i Izraelczykami jest wnikliwy, stara się ich zrozumieć i przekazać czytelnikowi zastaną sytuację jak najwierniej. Większość tekstów w tej książce nie daje nadziei na pokojowe zakończenie konfliktu, chociaż są takie, które przynajmniej ratują wiarę w człowieka, jak chociażby ten o Jehudzie czy ten o babciach z Machsom Watch, emerytkach obserwujących przejścia graniczne. Albo ten o wiosce Bil’in.

Niestety, nadziei na pokojowe zakończenie konfliktu izraelsko-palestyńskiego w chwili obecnej jest jeszcze mniej niż było dwa lata temu, kiedy ukazały się Oczy zasypane piaskiem. Mimo to warto czytać Smoleńskiego, bo może dzięki temu staniemy się mądrzejszymi, mniej zapatrzonymi w siebie ludźmi.