oczy zasypane piaskiem

Wystawę obejrzało siedem tysięcy ludzi. Chodzili między fotografiami z rozdziawionymi ustami; Tel Awiw nie miał pojęcia jak naprawdę wygląda Hebron, choć każdego dnia słuchał na przykład: „Palestyński snajper ostrzelał siedlisko Tel Rumeida. Armia odpowiedziała ogniem”.

Paweł Smoleński, Oczy zasypane piaskiem, str. 82

Powyższy fragment dotyczy wystawy fotografii zorganizowanej przez Jehudę, byłego żołnierza izraelskiego; Wystawione zdjęcia przedstawiały codzienne życie w izraelskim wojsku, a sama wystawa stała się przyczynkiem do powstania organizacji weteranów Przełamać Ciszę. Lektura książki Smoleńskiego przypomina taką wystawę właśnie: reportaże tutaj zebrane są jak zdjęcia przybliżające codzienne życie w strefie okupowanej, życie, o którym nie mamy pojęcia i którego nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, bo zwykłe komunikaty prasowe nie są w stanie go nam przybliżyć.

Smoleński

Oczy zasypane piaskiem to z pewnością nie jest książka dla emocjonalnych leniuchów, bo niektórym czytelnikom przypomni, innym dopiero ukaże, w jakiej iluzji żyjemy dzisiaj w Europie, jak w bańce. To, że na naszym podwórku jest względny spokój, nie oznacza, że jest tak wszędzie. Bo nasze podwórko to tak naprawdę tylko skrawek świata, a Europa, czy nawet Ameryka, pomimo swoich wpływów to nie są centra świata i nic nie pomoże, że my tak myślimy i bardzo w to wierzymy. Życie dzieje się też gdzie indziej, a my często o tym zapominamy lub po prostu nie chcemy pamiętać.

W swoich reportażach Smoleński stara się być bezstronny, a przynajmniej pokazać obie strony konfliktu (i moim zdaniem mu się to udaje). Nie oznacza to jednak, że nie jest w nich osobisty, i to chyba jest największą siłą tej książki, i tego autora w ogóle. Smoleński w swoich rozmowach z Palestyńczykami i Izraelczykami jest wnikliwy, stara się ich zrozumieć i przekazać czytelnikowi zastaną sytuację jak najwierniej. Większość tekstów w tej książce nie daje nadziei na pokojowe zakończenie konfliktu, chociaż są takie, które przynajmniej ratują wiarę w człowieka, jak chociażby ten o Jehudzie czy ten o babciach z Machsom Watch, emerytkach obserwujących przejścia graniczne. Albo ten o wiosce Bil’in.

Niestety, nadziei na pokojowe zakończenie konfliktu izraelsko-palestyńskiego w chwili obecnej jest jeszcze mniej niż było dwa lata temu, kiedy ukazały się Oczy zasypane piaskiem. Mimo to warto czytać Smoleńskiego, bo może dzięki temu staniemy się mądrzejszymi, mniej zapatrzonymi w siebie ludźmi.

w podróży z Leigh Fermorem

Książki Patricka Leigh Fermora A Time of Gifts nie da się czytać w pośpiechu – trzeba ją czytać w takim samym tempie, w jakim autor przemierzał Europę z Londynu do Konstantynopola. A że przemierzał ją na piechotę nie było to tempo zawrotne. Fermor, nie dość że wybrał się przez Europę na piechotę, to jeszcze wyruszył zimą, w grudniu 1933 roku, co wcale nie czyni książki jakąś ramotką. Tak, świata opisywanego przez autora już nie ma, ale tym bardziej warto wyruszyć z młodym Fermorem w tę podróż.

Spójrzmy jeszcze raz na datę: grudzień 1933 roku, czyli tuż po dojściu Hitlera do władzy, spójrzmy jeszcze raz na trasę, która wiedzie i przez Niemcy, i przez Austrię i przez Czechy, Słowację, Węgry*. Już chociażby dla samej sytuacji geopolitycznej warto, a jak jeszcze dodamy do tego dzięwiętnastoletniego Patricka, który jest niezwykłym i wnikliwym dziewiętnastolatkiem, nawet jak na dziewiętnastolatka sprzed wieku, to dostajemy do ręki książkę nie do ominięcia. Nasz podróżnik ma wyjątkowy talent nie tylko do wpadania w tarapaty (sam chyba stracił rachubę z ilu szkół go wyrzucono), ale także do spotykania niezwykłych ludzi. Do tego czyta Homera w oryginale i Szekspira w niemieckim przekładzie, ale nie jest typem książkowego mola, co najchętniej zakmnąłby się w czterech ścianach biblioteki. Życie, ludzie, europejskie bezdrożach i europejskie stolice fascynują go tak samo jak zapisane stronice, a jedna fascynacja karmi drugą.

A Time of Gifts

Nie tylko sytuacja polityczna i nastroje na ulicach niemieckich i austriackich miasteczek oraz zmysł obserwacyjny autora sprawiają, że A Time of Gifts to książka warta lektury. Sprawiają to też ludzie spotkani po drodze, nawiązane przyjaźnie, miejsca, w których podróżnikowi przyszło spędzić noc, od stodoły czy chlewiku począwszy, poprzez cele lokalnych aresztów (w których Fermor spał w charakterze ubogiego wędrowca, a nie więźnia), przytułki dla bezdomnych, hostele, a na hrabiowskich zamkach skończywszy (tak, tak, było ich kilka!). Fermor umie władać językiem, a jego opisy mijanych miejsc, rzek, gór, miast, muzeów i kościołów są wręcz poetyckie. Wspomnieniom Fermora nie brakuje też humoru, bo autora charakteryzuje specyficzne dla Anglików poczucie dystansu do samego siebie; Patrick nie stroi się w piórka, nie puszy, nie udaje lepszego czy mądrzejszego niż jest. To wszystko sprawia, że jego opowieść jest naprawdę czymś wybornym, nawet jeśli nie da się jej połykać w dużych kęsach.

* A Time of Gifts to pierwsza część trylogii podróżniczej Patricka Leigh Fermora – dalsze części podróży są opisane w kolejnych tomach: Between the Woods and the Water i The Broken Road (ostatnia część została okończona przez Artemisa Coopera i Colina Thurborna, już po śmierci autora).

Harriet w Nowym Jorku

Kiedy przechodzę wśród przepełnionych półek księgarń i bibliotek, kiedy przeglądam niekończące się listy nowości i przypatruję się nazwiskom nominowanych i finalistów kolejnych nagród literackich, kiedy czytam o ciągle nowych bestsellerach, to zastanawiam się, którzy autorzy przetrwają próbę czasu, o których książkach będziemy pamiętać za lat dwadzieścia, pięćdziesiąt, sto? Czy o wszystkich pozycjach, nad którymi zachwycają się dzisiejsi recenzenci będą rozmawiać nasze dzieci? Nieznane są losy książek, o tak wielu przecież przyszło nam już zapomnieć.

Dzisiaj mało kto czytał The Outward Room, debiutancką powieść Millena Branda z 1937 roku, która swojego czasu zachwyciła zarówno krytyków, jak i czytelników. Zainteresowanie nią było tak ogromne, że pierwszy nakład został wydrukowany w 140.000 egzemplarzy zamiast typowych 3.000, a wydawca Simon & Schuster obniżył cenę książki niemal o połowę, co w tamtym czasie było zabiegiem dość rzadkim. Pomimo tego, że rozeszło się przeszło pół miliona egzemplarzy książki, dzisiaj już o niej nie rozmawiamy.

Millen Brand

Być może powodem tego jest fakt, że późniejsze powieści Branda nie cieszyły się już taką popularnością; porównywane z debiutem wypadały raczej blado. A może zpaomniano o The Outward Room dlatego, że powieść jednak trąci myszką? Nikt już dzisiaj nie traktuje freudowskiej psychonalizy poważnie, ciężko więc jest czytać strony poświęcone terapii Harriet tak, jakby tego chciał autor; Brand był ogromnym zwolennikiem psychoanalizy, ale na jego usprawiedliwienie trzeba przyznać, że w latach trzydziestych zeszłego wieku była to najłagodniejsza metoda psychoterapii.

Debiutancka powieść Branda rozpoczyna się wiosną 1933 roku, w szpitalu psychiatrycznym, w którym nasza bohaterka spędziła siedem lat, pogrążona w depresji po śmierci brata. Harriet nie ma nadziei na wyzdrowienie, na jakąkolwiek zmianę, decyduje się więc na ucieczkę ze szpitala. Jej podróż pociągiem do pogrążonego w depresji Nowego Jorku to jeden z najładniejszych fragmentów literatury, jakie zdarzyło mi się czytać; styl, pomimo realizmu, przywodzi na myśl Virginię Woolf.

Harriet, z kilkoma dolarami w kieszeni, które dostała za zastawiony w lombardzie pierścionek od brata, próbuje odnaleźć się w Nowym Jorku: jej poszukiwania pracy, niekończące się wędrówki po ulicach, noc spędzona w wagonach metra to jeden z najbardziej ujmujących opisów zapaści ekonomicznej lat 30. i chociażby dla niego warto tę książkę przeczytać. Bohaterka ma w swoich wędrówkach po Nowym Jorku sporo szczęścia i spotyka życzliwych jej ludzi, a jedną z takich osób jest John, który przygarnia Harriet pod swój dach. Tak rodzi się miłość, która ratuje Harriet, ale książka ta to nie ckliwy melodramat, tylko urok codzienności, sztuka odnajdywania się w zwykłym życiu. Na końcu powieści Brand wraca do Freuda, niestety, ale ja i tak wierzę, że Harriet pomogły dni wypełnione  codziennymi obowiązkami i miłość Johna, a nie wspomnienie dziecięcych uczuć.

The Outward Room może nie jest prozą na miarę Janet Frame, ale okazał się bardzo udaną wyprawą do Nowego Jorku lat trzydziestych.