kulturalnie

zrobiło się ciepło. w pracy wentylacja nie działa, niespodzianka, niespodzianka, już od miesiąca koresponduję z M. i A. odnośnie cieplarnianych warunków na drugim piętrze i chłodniczych warunków w piwnicy. w biurze dwa wiatraki desperacko próbują wywołać jakikolwiek ruch powietrza, ale i tak żeby normalnie pooddychać trzeba wyjść na zewnątrz. zastanawiam się, co będzie gdy naprawdę zrobi się gorąco?

w piątek wybrałyśmy się z anną do v&a museum na wystawę the cult of beauty. wstęp miałam wolny, jako że anna jest członkinią wszystkich muzeów w mieście, i może zawsze kogoś ze sobą wprowadzić. poza tym o sztuce wie tyle, jakby sama co najmniej była historykiem sztuki. zaimponowała mi kiedyś, kiedy siedziałam sobie w kanciapie na przerwie, zaczytując kolejną książką iris murdoch, a ona spojrzała na okładkę, na której był wycinek jakiegoś obrazu, i powiedziała: ‚o, to jest edward burn-jones, znajduje się teraz w newcastle gallery’. no dobrze, rozpoznanie obrazu burn-jonesa może nie jest jeszcze aż tak wielkim osiągnięciem dla wykształconego anglika, ale żeby wiedzieć w jakim muzeum się on znajduje?

anna jest też do przesady dobrze wychowaną angielką. uprzejmość anglików jest wszystkim dobrze znana, ale anna przebija chyba wszystkich. anna, kiedy ja wychodzę z kuchni, znajdującej się po drugiej stronie budynku, a ona wchodzi do biura znajdującego się po pierwszej stronie budynku, to mi przytrzyma drzwi i będzie czekała aż dojdę, nieważne że samo dojście zajmie mi kilka minut! więc jak z taką osobą oglądać wystawę?

w efekcie na wystawie spędziłyśmy trzy godziny. to chyba mój osobisty rekord, chociaż i wystawa była spora. nieco ekwilibrystyki mi zajęło puszczenie anny na prowadzenie, żebyśmy oglądały wystawę w jej tempie. jak kogoś się dobrze zna, to można się rozdzielić, każdy sobie ogląda w swoim tempie, przystanie przy tym, co mu się podoba, odejdzie, zgubi się i znajdzie. trudniej z kimś, kogo zna się tylko z pracy. ale dałyśmy radę, a od połowy wystawy udało nam się nawet wymienić kilkoma żartami!

od razu jak tylko weszłam ogarnęło mnie przyjemne uczucie towarzyszące mi w muzeach. pierwsze galerie w muzeum victorii i alberta wypełnione są rzeźbami, przy których studenci siedzą sobie na krzesełkach i szkicują. na dziedzińcu w fontannie biegają dzieci, a mamy przysiadły na kawie. a na dodatek przypomniała mi się też the children’s book a.s. byatt, która właśnie rozpoczyna się w v&a, w latach dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku, czyli akurat wtedy, kiedy kończy się nasza wystawa, a spora część wątków w powieści ma swoje korzenie w estetyzmie. cały wątek sztuki użytkowej, wyrabiania naczyń i kafelków bierze się przecież od williama morrisa. wątek samej książki dla dzieci też ma swój początek właśnie w estetyzmie, gdyż wtedy zwiększyło się zainteresowanie książkami dla dzieci.

na wystawie było sporo książek, zaprojektowanych i przez rossettiego, i przez innych. książek z resztą nie tylko dla dzieci, bo to z tego okresu bierze swój początek sztuka projektowania książek. patrząc na egzemplarze z 1870 roku marzyłyśmy z anną, żeby i nasze książki, które właśnie biblioteka dostała w darowiźnie, też były w tak dobrym stanie, a nie z rozsypującymi się okładkami (wśród nich jest historia anglii z 1875). poza obrazami były jeszcze stroje, meble, tapety, płytki ceramiczne, naczynia (niektóre, jak te zaprojektowane przez christophera dressera, można byłoby śmiało datować na lata 30. xx wieku, gdy w rzeczywistości pochodziły z lat 70. xix!). była biżuteria, rzeźba, brama, pokój rosettiego. ogólnie wrażenia bardzo pozytywne, mimo że niektóre obrazy raziły wręcz barokowym nadmiarem…

a na zakończenie coś z innej beczki. zajawka przedstawienia operation greenfield, które widziałam w zeszłym tygodniu, i które jest i śmieszne i wzruszające, i które co prawda skończyli pokazywać w soho theatre, ale które niedługo będzie w the albany.