jak nie pisać wspomnień z podróży

Chciałbym oszukać czas. Odnaleźć ścieżki, którymi wędrowali pisarze. Zobaczyć podobny krajobraz, podobny horyzont. Móc kiedyś powiedzieć jak Jan Kott: „Parę razy w życiu udało mi się dotknąć tego kawałka materii, od którego zaczynał się świat pisarzy”.

Adam Szczuciński, Włoskie miniatury,

wydanie elektroniczne, więc tak gdzieś przy 9%

Po to, żeby oszukać czas Adam Szczuciński wędruje po Włoszech, głównie, bo są też i miniatury z Hiszpanii i Algierii, i próbuje odkryć świat pisarzy: Brodskiego (Wenecja), Herlinga-Grudzińskiego (Neapol), Cervantesa (Hiszpania), Lampedusy (Sycylia). Towarzyszą mu lektury, wiersze, szkice, dzienniki. Zapowiada się pysznie, prawda? Niestety, pysznie nie jest, bo czułam się tak, jakbym zamiast wykwintnych makaroników dostała do ręki suchary.

Szczuciński decyduje się nam opowiedzieć o swoich licznych włoskich podróżach przez pryzmat przeczytanych przez siebie książek. Lektura jego miniatur bardzo mnie jednak rozczarowała, bo autor swoje wrażenia z odwiedzonych miejsc ograniczył głównie do cytatów i nawiązań literackich. Co, do pewnego stopnia, rozumiem, bo ja też lubię filtrować wrażenia przez literaturę, czemu wielokrotnie daję wyraz, przecież od miesiąca nie piszę o niczym innym jak o książkach o Włoszech. I czego do pewnego stopnia zazdroszczę, bo ja też bym chciała mieć za sobą lekturę wielu wspomnianych przez Szczucińskiego książek. Stworzonym przez niego miniaturkom wiele jednak brakuje, a przede wszystkim brakowało mi w tych szkicach obecności samego autora. Już o obecności Włoch nie wspominając, przecież Italia to nie tylko książki. Czy odwiedzane miejsca nie zrobiły na autorze żadnego wrażenia? Czy nie pozostawiły innych refleksji poza nawiązaniami do lektur i pisarzy?

Nie mogłam się też powstrzymać od porównania Włoskich miniatur z Gdzieś dalej, gdzie indziej Dariusza Czai. Jak różne wrażenia mam z tych książek, a przecież obie są relacjami z podróży zainspirowanych lekturami! A jednak Czaja żyje czytanymi książkami, stają się one organiczną częścią jego i jego wypraw, są powodem do refleksji. Opisuje świat widziany nie tylko oczami Muratowa czy Tarkowskiego, ale przede wszystkim swoimi. Kiedy wspomina scenę z filmu dokumentalnego o Tarkowskim, tę przy katedrze w Trani, to nie zostawia on nas tylko z tą sceną. Oglądamy później tę katedrę tak, jak widział ją Dariusz Czaja. Jego książka nie jest zbitkiem samych cytatów, jest opisem przeżyć, a tych przeżyć zabrakło mi u Szczucińskiego. Kiedy w jego miniaturach natykamy się na stwierdzenie, że trudno mu zrozumieć Konstantego Jeleńskiego, który uważał Via dei Tribunali za najpiękniejszą ulicę na świecie, nie znajdziemy rozwinięcia tego zdania. Jest kropka i stwierdzenie, że Neapol nie jest miastem pięknym. Niemal odrazu autor przechodzi do Herlinga-Grudzińskiego, a ja bym chciała się najpierw dowiedzieć, co tak naszemu podróżnikowi nie podobało się na ulicy Tribunali.

W pewnym momencie Szczuciński pisze, że książki są jak „maska tlenowa, głęboki, swobodny oddech, gdy ciało jest już pod wodą”. Zdanie, z którym zgadzam się niemal absolutnie, z małym tylko zastrzeżeniem: trzeba uważać, żeby książki nie robiły tego oddychania za nas przez cały czas. Czasami trzeba wypłynąć na powierzchnię, pooddychać samemu.

Na zakończenie zostawiam Was z katedrą w Trani.

Katedra w Trani
Katedra w Trani

Reklamy