o czytaniu uszami

Mam znajomych, którzy wychowali się na audiobookach czy słuchowiskach radiowych, którzy z książką mówioną mieli do czynienia od dzieciństwa i tak im już zostało; po dziś dzień zasypiają w towarzystwie lektora. Niestety, nie jest to mój przypadek, więc do słuchania książek musiałam się dopiero przekonać. A przekonywanie się szło mi dosyć opornie, bo ciągle wydawało mi się, że na audiobooki nie mam czasu. Zdarzył mi się co prawda epizod wysłuchania Dumy i uprzedzenia w fantastycznym wykonaniu Emilii Fox, ale nie zaowocował on wyrobieniem w sobie nawyku słuchania książek, czy chociażby robienia tego częściej. Do czasu.

Do czasu aż w pracy, która potrafi być chwilami monotonna i powtarzalna, zaczęłam słuchać podcastów. Koleżanka obok słuchała relacji z gry krykieta, chociaż kiedy mi oznajmiała „I’m going to listen to cricket” przez dobry miesiąc wyobrażałam sobie, że słucha świerszczy, bo jakoś słowo to nie kojarzyło mi się z brytyjskim sportem narodowym. Cóż, myślałam, może ją to uspokaja? Ja tymczasem słuchałam rozmów o robieniu na drutach (serio). Później przerzuciłam się na podcast literacki z New Yorkera, do czego doszedł the guardian books i World Book Club ze światowej edycji BBC. I tak byłam zadowolona ze słuchania podcastów. Do czasu.

Do czasu aż natrafiłam na czytanie uchem dla początkujących Ekrudy, dla której naprawdę nie ma znaczenia w jakiej formie czyta (co udowadnia chociażby tutaj). I tak audiobooki okazały się doskonałym akompaniamentem dla tych żmudnych i nudnych, powtarzalnych zadań w pracy. Na pierwszy ogień poszedł  John Le Carré, którego wiedziałam, że lubię, chociaż słuchany przeze mnie The Night Manager (czyli Nocny recepcjonista), raczej nie jest jego najlepszą książką (o wiele bardziej podszedł mi serial produkcji BBC, chociażby dzięki wprowadzonym zmianom przez które opowieść stała się nieco mnie mizoginiczna). Ale historia była na tyle wciągająca, że słuchanie skończyłam.

Kiedy pomyślałam jednak, że taki sposób lektury być może nadaje się na coś jeszcze mniej ambitnego, żeby było łatwiej, odkryłam że nawet uszami nie jestem w stanie czytać książek, po które normalnie bym nie sięgnęła. Polecana mi przez znajomego Donna Leon, której jeden kryminałów kiedyś z bólem przeczytałam (szczęśliwie są krótkie), jest tak samo słaba mówiona jak i drukowana: kiepska fraza wkurza mnie tak samo we wszystkich formach, podobnie nadmiar detali i ubogi język.

Wykorzystałam jednak audiobooki, żeby nadrobić pewne braki i zapoznać się wreszcie z Agathą Christie (tak, do tej nieznajomości trochę wstyd mi się przyznać!). Wybór padł na Mężczyznę w brązowym garniturze, bo po pierwsze polecała go kiedyś Buksy (tutaj), a po drugie był czytany przez sprawdzoną już Emilię Fox. Ach, co to była za uczta! Aż mi się tęskniło do moich popołudniowych zadań, musiałam się tylko pilnować, żeby nie wybuchać niepohamowanymi salwami śmiechu. I co za język! Chwilami żałowałam, że już tak nikt nie mówi.

Processed with VSCO with c1 preset

Teraz pozostaje mi się tylko zdecydować, czy jestem wielbicielką panny Marple czy Poirot, ale do tego muszę przeczytać (oczywiście uszami) coś z ich przygód, więc z chęcią przyjmę wszelkie rekomendacje!

Reklamy