publiczność

„Dopiero teraz Muminek zaczął marznąć na dobre. Wieczorny mrok wypełzał z przepaści i z wolna wspinał na zamarznięte grzbiety gór, gdzie śnieg błyszczał na czatnych skałach jak obnażone zęby, gdzie panowała biel i czerń, i pustka jak okiem sięgnąć.

Gdzieś tam za tym wszystkim jest Włóczykij – powiedział do siebie Muminek. – Siedzi sobie w słońcu i obiera pomarańczę. Gdybym wiedział, że on wie, że przełażę przez te góry dla niego, to potrafiłbym to zrobić. Ale tak, zupełnie samotnie, nie dam rady.”

Tove Jansson, Zima Muminków. str. 22

 

„We must have said good-bye when she took the route back to town, to Gloria’s house, and I turned onto our dead-end road. But perhpas she just walked on and left me. I kept thinking whether she could really kill her father. I had a strange idea that she was too young to do that – as if killing someone was like driving a car or voting or getting married, you had to be a certain age to manage it. I also has some idea – though I wouldn’t know how to express it – that killing wouldn’t be any relief to her, hating him having got to be such a habit. I understood that she had taken me along with her not to confide in me or because I was anything like an intimate friend – she just wanted somebody to see her hating him.”

Alice Munro, The View from Castle Rock, p. 182

niepokojąco

pewne książki można czytać tylko wtedy, kiedy wokół nas panuje cisza i spokój. kiedy mamy pewność, że nic nie zmąci rutyny wokół nas. kiedy mamy pewność siebie. kiedy ogarnia nas taka mała stabilizacja, kiedy możemy bezpiecznie planować wakacje. kiedy zapomnieliśmy, jak zadawać pytania, kiedy wręcz w zadawaniu pytań nie widzimy sensu. kiedy zamknęliśmy stare rozdziały. wtedy możemy sięgnąć po książki niepokojące. czasami robimy to z przypadku, czasami z wyrachowania, bo morze nie może być zbyt długo spokojne. bez wiatru łódka nigdzie nie dopłynie.

książki niepokojące nie odpowiadają na pytania. nie dają żadnych definicji. bo nie ma przepisu na życie. nie czytamy ich po to, żeby się lepiej poczuć, tylko po to, żeby nie móc w nocy spać. to nie fantazje, dalekie od pierwszoosobowych narracji bohaterów, z którymi możemy się utożsamić, i którzy dzielnie wykaraskają się z każdych tarapatów, odnajdą złoty graal. a nawet jeśli, ktoś taki jak Rachel Cusk zaserwuje nam pierwszoosobową opowieść, to dalecy będziemy od utożsamiania się z bohaterką. obnażoną. nawet jeśli zdobędzie  graal, to nie złoty, co najwyżej patynowy.

jak do tej pory najlepiej miesza Alice Munro. to ona nie daje w nocy spać. u niej nie ma złudnej wiary, że wszystko jest po coś, czemuś potrzebne. jest jak jest. pełno straconych okazji, wcale nie po to, żeby otworzyć nam więcej drzwi. a mimo wszystko umiemy sobie radzić z emocjami, prawda? nie przestaje nas to zadziwiać.

nie rozczarowuje też Rachel Cusk. chociaż na początku ma się ochotę dosłownie rzucić książkę w kąt (the country life), po kilkudziesięciu stronach nie można jej odłożyć. ale wbrew reputacji, Cusk mąci delikatnie. jej książki zdają się być jak dania podane na sewrskiej porcelanie, z tradycją. proza Munro natomiast jest jak kraj, z którego pochodzi. daje wrażenie przestrzeni, pomimo skondensowania w formie opowiadania. jest chłodna. i praktyczna. jak zastawa na co dzień, bez zbędnych ozdób.

pani Drabble przy tym wszystkim niestety rozczarowuje. być może nie trafiają już do mnie powieści inicjacyjne dla młodych dziewcząt, o wejściu w wielki świat, o odnalezieniu siebie. być może za dużo w tym dziennych marzeń. być może nie przemawia już do mnie proza, gdzie  więcej fantazji o świecie niż realnego świata. a być może lubię po prostu, kiedy po wejściu do rzeki, woda mętnieje od poruszonego mułu. bo nic nie jest takie, jak się wydaje.

małe porcje

jestem długodystansowcem. w każdym znaczeniu tego słowa, w niemalże w każdej dziedzinie. od zawsze używam tych samych perfum, kupuję ubrania w tych samych sklepach i nowe zawsze przypominają te, które już leżą w szafie. a tak w ogóle to najchętniej chodzę w jednej spónicy, dopóty materiał się nie przetrze. lubię jak coś trwa. w poprzednim wcieleniu na pewno nie byłam jętką, a raczej jakimś żółwiem z galapagos.

uwielbiam też duże porcje. i nie chodzi mi tylko o ciasto lub makaron. uwielbiam duże porcje słów, przede wszystkim. niech są ze mną jak najdłużej, niech jak najdłużej się toczą. raczej nie interesują mnie w książkach intrygi, tajemnice, suspensy, budowanie napięcia, nieoczekiwane zwroty akcji, niespodziewane zakończenia. to słowa mnie do nich przyciągają. tarzam się w nich jak dzieciak w śniegu. zanurzam, aż stracę oddech.

nie to, żebym powoli czytała, chociaż czasami specjalnie spowalniam. lubię po prostu jak książka ma 600 stron. albo najlepiej dwa tomy. siedmiotomowy Proust to mój ideał. aż tu nagle przytrafia się taka Alice Munro. nęci panosząc się na księgarnianych półkach. dać szansę? po przeczytaniu wstępu autorstwa Franzena miałam raczej ochotę rzucić się na jego książki, ale jak się już na nie rzuciłam, to mi chwilowo przeszło. i tak leżała sobie Munro na mojej półce przez ponad rok, aż w końcu pewnego wieczora stwierdziłam, że  spróbuję, przecież nie gryzie.

Munro na pierwszy rzut oka jest wszystkim, co mi obojętne: krótkością, napięciem, nieoczekiwanym zwrotem ‚akcji’. a teraz brak mi słów. czytam jej opowiadania z ogromną przyjemnością, dozuję je sobie, po jednym dziennie, i są to najmilsze chwile mojego dnia. Munro jest jak niewidoczny wir w spokojnej rzece. płyniesz sobie nieświadom zagrożenia, a tu nagle coś cię wciąga. mąci, ale mąci wspaniale.

po prostu nie mogę się oderwać.

 

 

 

ps. dla zainteresowanych wywiad z Alice Munro w Paris Review of Books.