banana

po skończeniu iris chciałam zabrać się za coś lekkiego, dosłownie i w przenośni. lekkiego, żeby moje plecy odpoczęły od dźwigania kilogramów, i lekkiego, żeby moja szare komórki mogły łatwo strawić lekturę pomiędzy czytaniem poważniejszych rzeczy, typu biografie…

mój wybór padł na małą, żółtą książkę banany yoshimoto – książkę takiego formatu, że łatwo mieściła mi się do kieszeni. bananę yoshimoto bardzo lubię, odkąd z pięć lat temu przeczytałam jej kuchnię – to chyba było w tym samym czasie, kiedy kuchnia ukazała się też w tłumaczeniu w polsce. bardzo spodobała mi się estetyka yoshimoto, jej senność i poetyckość. później przeczytałam asleep, chyba podczas jakiejś podróży, książkę składającą się z trzech krótkich historii, w której, jak teraz na nią patrzę, widzę masę pozakreślanych zdań: „sleep would rush over me like an incoming tide”, czy „my memories of that time always appeared to me as images shrouded in mist”. dwa lata temu sięgnęłam po kolejną jej książkę, zatytułowaną amrita, nie wiem czy wydaną po polsku. lektura tej książki przypadła na bardzo dobry czas, gdy akurat po intensywnym roku czytania niemalże samej teorii przekładu, bez czasu na robienie czegokolwiek dla przyjemności, chłonna byłam właśnie czegoś tak smakowitego, pełnego poezji. czytanie tej książki sprawiło mi niesamowitą przyjemność, tak jak jedzenie najbardziej wykwintnej potrawy, pełnej nieznanych smaków.

tym razem sięgnęłam po n.p. i też się nie zawiodłam, mimo że amrita pozostaje moją ulubioną książką yoshimoto. czytałam powoli, smakując każde zdanie i każdy paragraf, bojąc się dnia, kiedy będę musiała się z książką rozstać. podobnie jak amrita, n.p. też jest bardzo nastrojowe, sny przeplatają się z jawą, mamy upalne lato, miłość, przyjaźń, pogodzenie się z umarłymi. mamy bohaterkę, córkę tłumaczki, która pracuje jako asystentka profesora i sama zabiera się za tłumaczenia, mamy jej zmarłego chłopaka, i historię zatytułowaną n.p., która napisana po angielsku przez japońskiego pisarza nie ma szczęścia do tłumaczy, gdyż każdy, kto za jej tłumaczenie się bierze, ginie. ale nie, nie jest to detektywistyczna historia, ale opowieść o emocjach, przyjaźniach, rodzinie, dojrzewaniu, trochę o czasie (na przykład kiedy bohaterka – kazami – opowiada, że zachowuje się jakby czas nie istniał, ale w momencie kiedy spotyka się z matką, czuje się nagle przeniesiona w czasie, gdy widzi jak upływ czasu odciska na niej swoje piętno).

i jest to też książka, ku mojemu zaskoczeniu, o tłumaczeniu. nie tylko chodzi o tłumaczenie tytułowego opowiadania. kazami często się zastanawia, jak ma przetłumaczyć emocje i doświadczenia na słowa? „how do i translate this into words?” często pyta samą siebie. jako dziecko traci głos, i o swoim doświadczeniu opowiada: „living like that utterly convinced me of the extreme limitations of language. i was just a child then, so i had only an intuitive understanding of the degree to which one looses control of words once they are spoken or written.” matka kazami też w rozmowie z córką mówi coś bardzo ciekawego: „you’re weak, not really weak, but too kind. you think that you have to be faithful to the structure of the original sentences.”

mam jeszcze jej parę książek, podobnego formatu kieszonkowego, i myślę że w niedługim czasie się za nie zabiorę. najbardziej bym jednak chciała, co mi się jednak przytrafia coraz częściej, jeszcze raz przeczytać te tytuły, które już znam. zabrać asleep i amritę do plecaka, wsiąść w pociąg, pojechać nad morze, usiąść na plaży i je jeszcze raz przeczytać.

Reklamy