córka weterynarza

 To był mój dom i pachniał zwierzętami, pomimo tego że podłoga było wyłożona linoleum. W brązowym holu stała moja matka; spojrzała na mnie spod ciężkich powiek swoimi w pół przymkniętymi oczami, ale się nie odezwała.  Stała tam po prostu. Jej kości były małe, a jej ramiona przygarbione; jej zęby też nie były proste; więc, jeśli byłaby psem, mój ojciec by ją dobił. 

Barbara Comyns, The Vet’s Daughter, strona 3*

*ponieważ nie mam dostępu do polskiego wydania, tłumaczenie moje

Córka weterynarza ukazała się w Polsce w latach 90. w paskudnej okładce, zdaje się typowej dla wydawnictw tego okresu. Książka na portalu lubimyczytać umieszczona jest w kategorii literatura dziecięca, co moim zdaniem jest wielkim nieporozumieniem. Ewentualnie można by ją zaklasyfikować do literatury młodzieżowej, ale i to nie oddałoby powieści należytego miejsca. To, że jej bohaterką (i narratorką) jest siedemnastoletnia dziewczyna, nie oznacza jeszcze, że do takich dziewcząt jest ona adresowana. Kolejnym nieporozumieniem (ale spotkanym w tym miejscu nie po raz pierwszy) jest, moim zdaniem, liczba gwiazdek dana tej książce, mierne cztery z kawałkiem. Można też o niej powiedzieć nieco więcej niż to, że jest to książka smutna, ale szybko się ją czyta.

Owszem, szybko się ją czyta, bo 160 stron można przeczytać w jeden wieczór, ale w sumie po co? Ja rozłożyłam sobie na dwa, a po skończeniu żałowałam, że nie na trzy. Nie wszystkie książki trzeba czytać szybko. Książka jest smutna, tak, ale zachwyca. Smutkiem? Też, bo jeśli myślałam, że Ruth Weiss miała smutne życie to tylko dlatego, że nie znałam wtedy jeszcze Alice Rowlands, córki weterynarza. Ale powieść zachwyca przede wszystkim językiem, jakim jest napisana. Alice opowiada swoją historię tonem rzeczowym, chciałoby się wręcz powiedzieć beznamiętnym (Anglicy mają na to pasujące określenie matter of fact, pomysły na polski odpowiednik mile widziane). Comyns nadaje narracji ten sam ton, kiedy Alice opowiada o umierającej matce jak i wtedy, i kiedy opowiada o nowej gosposi. Słyszymy ten sam ton w opowieści o ojcu, który sprzedaje niechciane zwierzęta do wiwisekcji, i w historii Alice ratującej stonogę sprzed spaleniem w kominku.

Zastosowanie takiego tonu w powieści może wydawać się zabiegiem ryzykownym, bo czy czytelnikowi nie wyda się on odpychający? Moim zdaniem jednak to decyduje o sile powieści, nie pozbawionej przecież emocji. Alice polubiłam już od pierwszych zdań, w swój świat południowego Londynu wciągnęła mnie bardzo szybko, wydawało mi się, że razem chodzimy po Clapham Common. Pomimo tego, że jest to osóbka niedoświadczona życiowo, nieco naiwna, jednocześnie charakteryzuje się szczególną mądrością, jakby miała jakiś wewnętrzny kompas. I pomimo tego, że mieszka z ojcem tyranem (zdecydowanie doktorem Dolittle to on nie był), sama pozostaje troskliwa, opiekuje się nawet skrzeczącą papugą, która wszystkich denerwuje. Trzymałam kciuki za Alice do ostatniej strony.

Barbara Comyns, autorka dzisiaj nieco zapomniana, miała prawdziwy dar opowiadania historii. W Córce weterynarza stworzyła opowieść przejmującą, jednocześnie realistyczną i chwilami groteskową, a chwilami fantastyczną. Alice odkrywa w sobie dar, ale jaki to jest dar, i jakie są jego skutki, tego już nie dopowiem, bo przecież nie chcę odbierać potencjalnym czytelnikom przyjemności z lektury, a książka jest jeszcze do zdobycia na allegro i może kurzy się w jakiś bibliotekach. Zdecydowanie warto ją odkurzyć!

I tak, to kolejna pozycja z niezawodnego nyrb!