satyra

ciągle pada, miałoby się ochotę zaśpiewać za czerwonymi gitarami, gdybyśmy tylko naprawdę nie przejmowali się strugami wody, i chodzili z czołem podniesionym, a nie przemykali po ulicach skuleni pod osłoną wiatrówek, parasolek i kapturów… tak, otworzyły się niebiosa, słucham wiatru, który wciąż inaczej śpiewa, i mam ochotę nie wychodzić z domu. może bardziej pasowałby tu wyjątkowo zimny maj maanamu, tylko że maj już się dawno skończył (a ja dopiero to zauważyłam). a na zmianę miejsca jeszcze nie czas, więc boskie buenos będę może nucić za kilka miesięcy.

najlepiej więc w ogóle nie słuchać żadnych piosenek, tylko, pod warstwą kołdr i koców, zaszyć się z książką. z takim davidem lodgem na przykład. okładka obiecuje, że tak śmiesznej książki to nie było od czasów lucky jima, a ja nie potrzebuję lepszej rekomendacji. poza tym miałam nadzieję, że taka satyra na światek akademicki pomoże mi się nieco zdystansować i będzie świetnym lekarstwem na bolączki związane z pracą (i nie tylko). nie zawiodłam się. david lodge, swojego czasu wykładowca na uniwersytecie w birmingham, rewelacyjnie wydobył niuanse życia akademickiego zarówno na wyspach, jak i w ameryce. sama po tych korytarzach uniwersyteckich (w różnych rolach) już nieco krążę, więc wiem co mówię. lodge zastosował przy tym metodę starą jak świat, czyli posłużył się ‚obcym’ jak papierkiem lakumusowym, wrzucając wykładowcę brytyjskiego na uniwersytet stanowy, a amerykańskiego w sam środek angielskiej zimy, wraz ze wszystkimi urokami tejże pory roku na wyspach: wszechobecnymi przeciągami, niemożliwą wilgocią i dziwacznym systemem ogrzewania.

przy czym w zamianie (changing places) mamy do czynienia nie tylko z humorem sytuacyjnym, ale jest go pełno również w warstwie tekstowej powieści. w sumie można by powiedzieć, że pełno tu ‚meta-humoru’. lodge nabija się nie tylko ze swoich postaci, ale i z samego siebie. wkłada bohaterce w usta krytykę powieści epistolarnej, żeby zaraz na taki typ powieści się samemu przerzucić. przypomina mi to trochę posession a.s. byatt, w którym każda krytyka literacka była tejże krytyki pastiszem. to taki zdrowy, angielski dystans do samego siebie. a przy tym jaki przyjemny! wart spóźnienia do pracy czy ryzyka czytania pod biurkiem!

Reklamy