netsuke

Nie ukrywam, z panem de Waalem miałam problem. Zanim poznałam jego książkę, poznałam autora, no, może nie tak naprawdę, ale poszłam na spotkanie autorskie, które okazało się jednym z tych bardziej sympatycznych, na jakich dane mi było być. Zaraz po spotkaniu rzuciłam się więc czytać Zająca z bursztynowymi oczami i pierwsze rozdziały pochłonęłam z przyjemnością. Niestety, kiedy Edmund de Waal ze swoją rodzinną narracją przeniósł się do paryskiego pałacu Ephrussi, było nieco gorzej, a kiedy stanął na wiedeńskiej Ringstrasse zrobiło się jakoś w ogóle nudno i utknęłam z lekturą na kilka miesięcy. Ba, na pół roku nawet!

edmund de waal

Dopiero po sporej dozie odpoczynku powróciłam do Zająca… chociaż opowieść wiedeńska nadal szła mi opornie. Kontynuowałam lekturę chyba tylko z sympatii do autora i dlatego, że bardzo chciałam przeczytać jego najnowszą książkę, Biały szlak*, którą moja koleżanka okrzyknęła jedną z najlepszych książek przeczytanych w tym roku, jedną z top trójki nawet, a sama przez Zająca… (jeszcze) nie przebrnęła. Ale ja postanowiłam przebrnąć, pomimo tego że chwilami się zastanawiałam, czy ta książka naprawdę jest adresowana do powszechnego czytelnika, a nie jest publikacją skierowaną do węższego grona odbiorców, czyli samego autora i jego rodziny.

Szczęśliwie, końcowe partie książki, na które składa się opowieść wojenna i powojenne losy netsuke, wynagradziły mi moje trudy. Zając… to nie jest jednak książka, która zostanie we mnie na długo, chociaż autora nadal lubię, bo najlepsze chwile przy lekturze miały miejsce właśnie przy spotkaniach z autorem, kiedy opowiadał więcej o sobie, swoim czasie w Japonii, swoim stosunku do rodzinnego skarbu, który przypadł w udziale właśnie jemu. Polubiłam go jeszcze bardziej, kiedy wtaszczył do domu ogromne witryny zaadoptowane po remanencie  w Victoria & Albert Museum i ustawił je w salonie, żeby jego dzieci (i on sam) mogły sięgnąć po netsuke, kiedy tylko będą chciały.

*Wydawnictwo Czarne planuje publikację na styczeń przyszłego roku.

pan od zająca i od porcelany

Myślę, że ludzi z ogromną wiedzą można by podzielić na dwie kategorie. Na tych, którzy swoją wiedzę traktują jak wartość nadrzędną, dzielą się nią ‚z katedry’ i nawet jak pójdziecie z nimi na kawę, będziecie mieli wrażenie, że siedzicie w ostatnim rzędzie sali wykładowej. Drudzy, wiedzę traktują bardziej jak środek do zdobycia celu niż cel sam w sobie, charakteryzuje ich przede wszystkim ciekawość i specyficzna skromność, jakby nie zdawali sobie sprawy z ogromu, i wartości, posiadanej przez nich wiedzy. Nawet kiedy siedzicie w sali wykładowej i słuchacie takiej osoby z ostatniego rzędu, czujecie się jakbyście siedzieli z nimi przy jednym stole, popijając piwo. Takiego kogoś miałam przyjemność posłuchać wczoraj.

Edmund de Waal, Victoria and Albert Museum
Edmund de Waal, Victoria and Albert Museum

Victoria and Albert Museum zorganizowało spotkanie z Edmundem de Waalem z okazji wydania jego nowej książki The White Road. Książki poświęconej porcelanie, w której de Waal próbuje wytłumaczyć, przede wszystkim sobie, skąd wzięło się jego zainteresowanie białą porcelaną. Z tej okazji, podobnie jak przy jego poprzedniej książce (Zając o bursztynowych oczach, wydanej przez Czarne), wybiera się w podróż, która nie do końca pójdzie zgodnie z planem i zaprowadzi go dalej niż się spodziewał. O tych podróżach opowiadał nam na tym spotkaniu, a robił to tak ciekawie, z takim humorem, i tak przejmująco, tak bezpretensjonalnie (Anglicy mają na to fajne słowo „unassuming”, którego znaczenia, moim zdaniem, ani skromny, ani bezpretensjonalny nie oddaje), że na koniec spotkania miałam ochotę go wyściskać i zabrać na piwo. Albo najlepiej w ogóle do siebie do domu.

Podróż do źródeł porcelany zabrała artystę najpierw do Jingdezhen w Chinach, miasta, które do dziś słynie z porcelany, i po którym oprowadzał go XVIII-wieczny jezuita Jean Baptiste Du Haalde. Zabrała go też do Wersalu, gdzie Ludwik XIV zbudował pałac z porcelany, zabrała i do Drezna, gdzie August II Mocny kochał porcelanę bardziej niż pomarańcze i gdzie Tschirnhaus wynalazł proces produkcji europejskiej porcelany (słynna porcelana miśnieńska).  Później wybrał się bliżej domu, do Kornwalii, gdzie William Cookworthy odkrył złoża glinki kaolinowej, z której wytwarza się chińską porcelanę. Cookworthy również opracował sposób produkcji porcelany, który później bezceremonialnie ukradł mu Wedgwood. Bezceremonialność Wedgwooda zabrała de Waala też dalej od domu, do Karoliny Północnej, gdzie Wedgwood zagrabił Indianom z plemienia Cherokee pięć ton glinki (bo obiecanej zapłaty Indianie nigdy nie ujrzeli).

De Waal chciał zakończyć swoją podróż na modernizmie, czyli porcelanie Malewicza i ceramice Bauhausu. Jednak jeden z artystów w Bauhausie, który swojego czasu pracował w wytwórni porcelany Allach, sprawił, że wyprawa się przedłużyła: bo porcelana Allach to flagowy produkt III Rzeszy, a wytwórnia została przeniesiona do obozu koncentracyjnego w Dachau. Tej opowieści nie można było zostawić, w Moanchium więc De Waal spotyka się z Hansem Landuarem, więźniem Dachau.

Swoją podróż kończy wystawieniem pracy w Świątyni Tezeusza w wiedeńskim Volksgarten. Praca ta składa się z 281 białych porcelanowych naczyń, poustawianych w białych gablotkach, zatytułowana jest Lichtzwang, tak jak zbiór wierszy Paula Celana, co w (bardzo) wolnym tłumaczeniu oznacza „przymus światła”. Do Świątyni Tezeusza w wiedeńskim Volksgarten wejść mógł każdy, by odpocząć od słońca czy schronić się przed deszczem. Porcelanowe kolorowe sarenki wytwarzane w Dachau znaleźć się mogły tylko w aryjskich domach.

A na sam koniec, ponieważ nie mogłam zabrać autora do domu, zabrałam jego książkę.

Edmund de Waal, V&A, 18/03/16
Edmund de Waal, V&A, 18/03/16