klasyka

po przeczytaniu the hours micheala cunnighama wręcz rzuciłam się na mrs. dalloway virgini woolf. pamiętam swoje pierwsze do niej podejście, jak tylko obejrzałam godziny w kinie, zakupiłam polskie tłumaczenie pani dalloway. w zachwycie rozpoczęłam lekturę, ale niestety entuzjazm mi prędko minął. snobizmu, którego mam niezliczone zasoby jeżeli chodzi o literaturę, też nie starczyło. z klasykami bywa tak, że funkcjonują one w kulturze, każdy wie, o co i o kogo chodzi, ale tak właściwie mało kto przeczytał. z virginii woolf udało mi się jedynie przeczytać własny pokój, który chyba przeczytałam za szybko, bo tak niewiele z niego pamiętam.

kolejne podejście do virginii woolf nastąpiło, kiedy szłam obejrzeć przedstawienie the waves w national theatre. przez lekturę nie przebrnęłam i dotarłam tylko do połowy książki. za to przedstawienie zrobiło na mnie niesamowite wrażenie, swoją treścią jak najbardziej, ale chyba jeszcze bardziej formą. aktorzy wystawili na scenę masę dźwiękotwórczych rekwizytów, tworzyli więc wszystkie efekty dźwiękowe w trakcie ‚grania’ sztuki, i dzięki temu na scenie było gwarnie jak w ulu, i co mi się niezmiernie podobało. wracając do samej autorki, na fali zainteresowania woolf, zakupiłam wybór jej pamiętników i listów, co by mi ich czerwone grzbiety zdobiły półkę.  i oczywiście doszła do tego mrs. dalloway.

po którą sięgnęłam dopiero teraz, podczas trzymiesięcznego odwyku od zakupów książkowych. post zakończył się sukcesem, gdyż po pierwsze przebrnęłam przez masę książek, które miałam, a których nie czytałam. po drugie teraz podchodzę do kupowania książek o wiele bardziej rozsądnie, a przynajmniej tak mi się wydaje kilka tygodni po zakończeniu odwyku…

mrs. dalloway czytało się wspaniale, mimo że na początku ciężko mi się było skupić na lekturze więcej niż dziesięciu stron w jednym ciągu. język jest niezwykle barwny, poetycki, ale z powodu braku silniejszych wątków w książce, czasmi trudny. szczególnie chyba dla kogoś, kto spędza większość dnia przed komputerem, rzadko skupiając się na dłuższych tekstach. ale po kilku podejściach słowa zaczęły mnie porywać na dobre. z pewnością pomogła mi przy tym wcześniejsza lektura the hours. tylko nie jestem pewna, czy na pewno przeczytałam te dwie książki we właściwej kolejności. mam ochotę znowu przeczytać cunnighama, na co jednak teraz nie mam czasu, a co mimo to mam nadzieję w niedalekiej przyszłości zrobić.

teraz wzięłam się za emily bronte i wuthering hights. i niech ją szlag! mam czasami ochotę wyrzucić ją za okno pociągu, ta dziewiętnastowieczna angielszczyzna jest chwilami nie na mój stan nerwów. całe szczęście jednak, że filmu, nawet jeżeli go oglądałam, nie pamiętam, a książki nigdy wcześniej nie czytałam, a wciągnęłam się na tyle, że naprawdę chcę wiedzieć, co będzie dalej?

Reklamy