środkiem tygodnia

od niedzieli do torebki pakuję parasolkę zamiast okularów słonecznych. wieczorami, zamiast iść na spacer gramy w scrabble. gdy wychodzę z domu nie przechodzę na słoneczną stronę ulicy, gdyż zachmurzenie obu stron dosiąga tak samo. uparcie odmawiam założenia kurtki, chociaż co rozsądniejsi właśnie tak się odziewają.

w bibliotece więcej pracowników niż użytkowników. krążą tylko co najbardziej wytrwali doktoranci. wentylacja nie działa, więc pomimo chłodu na zewnątrz w biurze jest duszno, a żeby zejść do piwnicy trzeba założyć sweterek i najlepiej szalik.

powoli odkopuję moje biurko spod starych książek, którymi zostałam obłożona w ubiegłych tygodniach. książki w twardej, płóciennej oprawie, z początków xx wieku, z międzywojnia, sowieckie książki w tłumaczeniu, zwycięzcy nagrody stalina, książki tak różnorodne że pomiędzy nimi znajdzie się i jak hartowała się stal i zamyatin. a pomiędzy kartami książek stary list, koperta zapisana greckimi literami, stary bilet autobusowy, chociaż może takich używają jeszcze jakieś kolejki w bieszczadach. zapisane wewnętrzne strony okładki. kurz na książkach, brudne palce i kichanie.

od niedzieli wieczorami czytałam bornholm, bornholm huberta klimko-dobrzanieckiego. czytało się dobrze, zdania zgrabnie płynęły po kartach książki, ale mając w pamięci jak zachwycił mnie dom róży kilka lat temu, chyba spodziewałam się czegoś więcej. powieść przyjemna, jednak szybko się czyta, i to bez żalu za przeczytanymi stronami. bez ochoty na powrót. nie sądzę, żeby autor od czasu debiutu się jakoś bardzo zmienił, to może ja oczekiwałam czegoś na miarę myśliwskiego, a odnalazłam coś tylko poprawnego?

jednakże nie żałuję czasu spędzonego na lekturze, tylko myślę, że może następną książkę dobrzanieckiego wypożyczę z biblioteki.

 

Reklamy