siła opowieści

Od kiedy pamiętam, zawsze bardzo silnie odczuwałam pewną nieobecność w Wałbrzychu, to, że był tam jakiś inny, który znikł. Nie „zły Niemiec” z „Czterech Pancernych”, ale jakaś Herta, jakiś Kurt. Jednym z najsilniejszych doświadczeń mojego dzieciństwa były domy po Niemcach, łóżka po Niemcach, poniemieckie przedmioty w domu mojej babci. O tej niemieckiej nieobecności mówiło się tylko: byli wstrętni obcy i dobrze, że ich wygnaliśmy. Na wakacje jeździłam do Kamieńska w centralnej Polsce, gdzie znajdowały się z kolei domy po Żydach. To była druga nieobecność dziwnie dotkliwa, niesamowita. (…) Nieobecność przez pominięcie, przez to właśnie, że ludzie o niej nie mówili, tylko zamykali we frazie: „domy po Niemcach”, wróciła, tyle że w sensie freudowskim. Jako cień, którego nie można zamieść pod dywan, bo on wychodzi, snuje się po naszych ulicach, mieszkaniach i pokazuje: tu był mój dom, tu kupowałam lody, to była moja szkoła, synagoga, ta ulica nazywała się kiedyś Adolf Hitler Strasse. Ale to dobrze. Opowieść o przeszłości trzeba dopełniać, bo im większej liczbie głosów da się możliwość opowiadania, tym będzie ciekawiej, choć może i bardziej strasznie.

Fragment rozmowy Jagody Wierzejskiej z Joanną Bator z Nowych Książek, Maj 2012

Przed paroma dniami skończyłam Ciemno, prawie noc Joanny Bator. Gdy zamknęłam książkę, poczułam, że mogłabym ją spokojnie jeszcze raz otworzyć i przeczytać na nowo, od pierwszej strony, z taką samą przyjemnością, jeśli nie większą, jak za pierwszym razem. Zaczęłam się zastanawiać, ile razy w życiu udało mi się przeczytać coś, co by we mnie tak mocno wsiąkło, znokautowało mnie a jednocześnie przyniosło wiele przyjemności. Taka przyjemność totalna. Po raz kolejny czytając Joannę Bator udało mi się poczuć pradawną moc opowiadacza: jej historie są z tych opowiadanych przed wiekami na głos w zimowe wieczory, tych tworzących zbiorową tożsamość. Gdybyśmy nie mieli pisma, uczylibyśmy się ich na pamięć.

Nie jestem w stanie ubrać w słowa swojego zachwytu. Wydaje mi się, że nie miałaby sensu próba nazwania, czym jest ta opowieść, chociaż Alicja Tabor tak bardzo lubi nazywać rzeczy. Nie miałaby też sensu próba streszczenia tej historii, bo jest ona czymś więcej niż opisanymi w niej wydarzeniami. Takie historie wołają o cztyelnika, one muszą po swojemu wsiąknąć w każdego z nas.

DSC_0433_2

chmurdalia

poniedziałek przywitał nas błękitnym niebem, na którym pojawiło się tylko kilka chmurek, jak namalowanych na obrazku. jak zwykle spóźniłam się na poranny pociąg, a że następny za całe dwadzieścia minut, usiadłam sobie w słońcu z książką, którą czytam od paru dni. aż mi się nie chciało wsiadać do pociągu, kiedy wreszcie nadjechał, najchętniej zostałabym na ławeczce, lub w ogóle udała się na drugi peron i pojechała w przeciwną stronę, z dala od centrum, rozsiadła się gdzieś na trawce i czytała.

zdania Joanny Bator są bujne, rosną jak liany w jakimś tropikalnym lesie, i tak samo wciągają, owijają się wokół czytelnika, nie wypuszczając, ściskając mocno. Bator snuje swoją opowieść jak pająk swoją nić, rozwija wiele wątków, po to aby spotkały się one w jednym miejscu, centrum, tak właśnie jak pajęcza sieć. opowiada ona tak, jak jej bohaterowie, jej opowieść jest jak śmietana ubijana elektryczną trzepaczką, rośnie, rośnie.

im głębiej udaję się w czytaną historię, tym większe moje zaangażowanie. kiedy czytałam piaskową górę, przy pierwszej stronie pomyślałam sobie, o nie! znowu ten postmodernistyczny bełkot! ale przy stronie pięćdziesiątej nie mogłam oderwać się od książki. gdy zabrałam się za chmurdalię, zabrałam się za nią ze strachem, gdyż druga książka, sequel przecież, nie może już być czymś dobrym. tymczasem mam wrażenie, że dopiero teraz Bator pokazuje, co potrafi. opowieść jest jak historia prababki Sary, Destinee. bo gdy starość skurczyła Destinee do rozmiaru kabaczka i pozbawiła siły, historia, przeciwnie, nabrała mocy, jakby utwardziło ją i wygładziło ciągle powtarzanie. Sarze trafiła się wersja najpełniejsza, jak gotowy do zerwania, ciężki od soku owoc (str. 143).

styl pisania Bator, być może gdzie indziej byłby nieznośny i irytujący, tu jest po prostu na swoim miejscu. nie jest jedynie zabiegem estetycznym, nie jest popisem zdolności językowych. zmienia się wraz z opowiadaną historią, w zależności którą nitkę akurat snuje opowiadacz, oddaje charakter opowiadanej historii i postaci. język też jest bohaterem opowieści:

częstowały się papierosami i cukierkami, pytały, a jak jest po twojemu pierdolić, a jak rodzić, i śmiały się, że tak różne nazwy istnieją na te same rzeczy, i po co to komu. Gdy przerobiły też słowa blisko związane z Owocowym Rajem, takie jak truskawka, pieniądze, malina, pracować, zmęczenie, spać, wymyślały inne, dalekie i prawie puste jak nieumyty słoik po dżemie – świat, samolot, aktorka i zakonnica. Powtarzały jeptiszka, zakonnica, nun, prychały na tureckie słowa, na których europejskie języki potykały się jak pijak na kocich łbach. Gdy Sara mówiła słowo w khoi-khoi, reszta machała rękoma, że to już naprawdę ponad ludzkie siły i czy naprawdę można w ten sposób nazywać  świat, a jeśli tak, to czy stworzenia rozumieją wtedy swoje imiona? (str.201)

aż nie mogę się doczekać wieczora, kiedy znowu na powrót zanurzę się w słowach.