lektury berlińskie

Z czym kojarzy wam się Berlin? Mnie z zimną wojną. Pewnie po paru wizytach powinien już z tanim piwem, głośnymi ulicami do późna w noc wibrujących życiem, dobrym jedzeniem itd, itp. Ale nadal kojarzy mi się z murem dzielącym miasto na dwie części. Podejrzewam, że głównie jest to zasługa doboru lektur, który towarzyszy moim odwiedzinom w Berlinie.

Dwa lata temu do Berlina zabrałam Z przejmującego zimna le Carrégo, a książka ta po dziś pozostaje jedną z moich ulubionych. W zeszłym roku w ramach pogłębienia znajomości z autorem przeczytałam Małe miasteczko w Niemczech, a w tym roku do Berlina wzięłam Wojnę w lustrze. Wybór był trochę podyktowany tematyką (zimna wojna), a trochę gabarytami książki (cienka), dopiero później odkryłam, że sam autor za tą powieścią nie przepadał. Muszę jednak powiedzieć, że John le Carré wcale mnie nie rozczarował!

Po raz kolejny nie mamy doczynienia z prostą historią szpiegowską. Bo co to za historia szpiegowska kiedy na rozwinięcie akcji potrzebne jest 3/4 książki? To nie jest powieść akcji, to nie jest page turner, jest to książka do powolnego czytania, chociaż, dosyć klasycznie, to że nie wiemy co się do końca wydarzy dodaje lekturze smaku. Końca możemy się domyślać, ale lepiej jeśli go nie znamy, dlatego nie napiszę nic o fabule, bo sam zarys opowieści sprowadzi ją do prostej historii szpiegowskiej, a i bardzo łatwo byłoby powiedzieć coś za dużo i odebrać przyjemność z czytania. 

Oczywiście przyjemność z czytania nie polega tu tylko na odkrywaniu historii. Le Carré to pisarz bardzo plastyczny, uwielbiam klimat jego opowieści, w których nawet podczas upalnego wielkomiejskiego lata można poczuć powiew listopadowego londyńskiego deszczu czy chłód finlandzkiej zimy. Jest to też pisarz głęboko ludzki, rozprawiający się z naszymi słabościami, w tej książce dosyć gorzko. Być może dlatego sam jej za bardzo nie lubił? Ukazał świat kłamstw i manipulacji, ale też i samotność każdego z bohaterów, i właśnie ta samotność jest w jego książkach najbardziej uderzająca. 

Ciekawa jastem, jak le Carré radzi sobie z nieco bardziej współczesną tematyką. Czy trzyma poziom? A może jego historie stały się odrobinę mniej gorzkie? Chyba będę musiała opuścić terytorium wschodnich Niemiec i się przekonać! 

  

PS. Małe miasteczko w Niemczech i Z przejmującego zimna zostały wydane w Polsce przez Sonię Dragę, a Wojna w lustrze ze dwadzieścia lat temu przez Amber, ale chyba powinna być w dzielnicowej bibliotece!

Reklamy

odkrycia berlińskie

Wbrew tytułowi nie będzie to wpis podróżniczo-pocztówkowy. Bo moim największym odkryciem berlińskim była… książka.

John le Carré był mi oczywiście autorem znanym, albo może lepiej by mi było powiedzieć: kojarzonym. Kiedyś tam widziałam film na podstawie jego książki, wiedziałam, że pisze powieści szpiegowskie, ale raczej mnie jako autor nie interesował. Co prawda był moment, kiedy prawie byłam zainteresowana, jak przyuważyłam kolegę z pracy czytającego le Carré’a. A kolega wiedział, co czytać. Trwało to chwilę jednak, bo szybko stwierdziłam, że eee tam, to pewnie jakaś jego słabostka, w końcu autora trzymamy w dziale z kryminałami. W ignorancji trwałam dalej aż do momentu, kiedy trzeba było coś zabrać do Berlina, jakąś lekturę tematyczną, oczywiście. I coś lekkiego. Padło na le Carré’a, The Spy Who Came in from the Cold. I wcale nie będzie przesadą jak powiem, że była to jedna z najlepszych książek przeczytanych w tym roku.

Literatura szpiegowska owszem to jest. Ale właśnie: ośmielę się stwierdzić, że jest to literatura właśnie. Mimo że autor napisał ksiażkę w pięć tygodni, jej styl jest wyśmienity, forma i fabuła dopracowane. Zupełnie nie widać, żeby powieść napisana została w tak krótkim czasie! Kiedy autor w posłowiu się przyznał, że napisał książkę w zaledwie pięć tygodni, godząc ten czas z pracą w Berlinie Zachodnim, byłam w szoku. Nie tak, jak w przypadku Bradbury’ego, po którym widać było, że napisał 451 stopni Fahrenheita „na kolanie”, w dwa tygodnie, z jakimiś na chybił trafił wybranymi cytatami. Pomysł świetny, wykonanie już niestety nie. Tu natomiast i pomysł, i wykonanie na najwyższym poziomie. Amator opowieści szpiegowskiej znajdzie tu opowieść szpiegowską, przy czym, co dla mnie ważne, nie zostanie potraktowany jak półgłówek. Autor nie wyłuszcza wszystkiego, wielu rzeczy trzeba się domyślać, i ja to bardzo cenię. Zakończenie zaskakuje, na wielu poziomach, nie tylko opowiadanej historii. Bo le Carré wykazuje się wyjątkowym dla gatunku humanizmem. Jak sam przyznaje wpłynąć na to mogło to, jak sam się czuł w okresie, kiedy pisał tę książkę. W posłowiu do mojego wydania powieści opowiada, że w tamtym czasie czuł się wyjątkowo nieszczęśliwy: „Prawdopodobnie ta samotność i gorycz ujawniły się w postaci Aleca Lemasa. Wiedziałem, że chciałem kochać, ale moja własna przeszłość, moja własna samoświadomość, sprawiały, że było to niemożliwe”.* Le Carré był w Berlinie, kiedy rozpoczęto budowę Muru Berlińskiego i to doświadczenie było bezpośrednią inspiracją do napisania książki: „Przyglądanie się Murowi było jak przyglądanie się własnej frustracji i dotarcie do mojej złości, które znalazły ujście w książce. W wywiadach z tamtego okresu, jestem pewien, nic o tym nie wspominałem. Być może cały czas był we mnie szpieg, a być może sam siebie nie znałem na tyle, żeby zrozumieć, że opowiadając tę zawiłą historię, uporządkowałem w jakiś gorzki sposób swój własny chaos”.* Tak, w postaci głównego bohatera odbija się smutek i gorycz autora. Ale nie tylko. Już na początku książki, jeden z bohaterów mówi: „Musimy żyć bez współczucia, czyż nie? To oczywiście niemożliwe. Więc udajemy, jeden przed drugim, własną hardość, ale tak naprawdę, tacy nie jesteśmy…”** Czytając te słowa nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że dotyczy to nie tylko szpiegów. Że są chwile, w których to dotyczy każdego z nas.

the spy who came in from the cold

*cytowane fragmenty wypowiedzi le Carré’a pochodzą z wydania powieści w Penguin Modern Classics, 2010; tłumaczenie moje

** John le Carré, The Spy Who Came in from the Cold, Penguin 2010, str. 17