Maria, pełna łaski

Ponieważ jestem w Bari, chciałam napisać coś o Carofiglio, do którego tuż przed wyjazdem wróciłam. W samolocie jednak wyciągnęłam czytnik z paroma nowymi pozycjami, które czekały specjalnie na wyjazd, a wśród nich Łaska Anny Kańtoch, od której zaczęłam swoje urlopowe lektury. I jak zaczęłam tak nie przerwałam czytania aż do lądowania na przesiadkę w Rzymie, pomimo tego że z trzech dzieci w samolocie dwoje siedziało w rzędzie przede mną, a jedno w rzędzie za mną. Nie posunę się tak daleko, żeby książkę obarczyć winą za zgubienie portfela na tymże lotnisku; to już moje roztrzepanie, że nie wiem gdzie, jak i kiedy zostawiłam portfel i prawdopodbnie zauważyłabym jego brak dopiero w Bari, gdyby pracownik lotniska nie wręczył mi mojej zguby tuż przed wejściem do samolotu. Chyba jednak jakieś szczęście mam, bo z portfela nie zginęło nawet jedno euro. 

Siłą Kańtoch jest to, że nie liczy ona na to, że sama zagadka kryminalna wciągnie czytelnika, ale tworzy ona atmosferę i postaci, których nie chce się opuścić. Kiedy w dolnośląskej miejscowości giną dzieci, Maria, nauczycielka polskiego w Mgielnickiej podstawówce, podejrzewa, że te dzieci coś łączy i że coś łączy te morderstwa z nią samą, a raczej z jej tygodniowym zniknięciem, kiedy miała sześć lat. Oczywiście z tygodnia w lesie nic nie pamięta, a dzieci na pierwszy (i drugi też) rzut oka niewiele łączy, poza wiekiem. 

Podobała mi się postać głównej bohaterki, a może nie tyle ona sama, bo przecież nie ujęły mnie jej jakieś szczególne cechy, ale ujęło mnie to jak doskonale została ona pokazana. Podobał mi się klimat lat osiemdziesiątych, z wszechobecnym dymem papierosowym, z wiecznie zimnymi mieszkaniami, w których pali się w piecu, z mlekiem i bułką na śniadanie. Podobała mi się sama zagadka, sposób jej pokazania i rozwinięcie, podobała mi się też konstrukcja książki. 

No więc, odpuście sobie Bondę, drogie koleżanki i drodzy koledzy, co lubicie kryminały. Jeżeli szukacie prawdziwej czytelniczej kryminalnej przyjemności, zabierzcie się za Kańtoch! Nie tylko nie ma w niej dłużyzn (żadnych!), nie ma w niej powtórzeń, ale też postaci są wiarygodne, wydarzenia prawdopodbne, a rozwiązanie ma sens i się mu wierzy. Co prawda ja miałam swoje podejrzenia co do mordercy już tak w jednej trzeciej książki, na 35%, ale w powieści tyle się działo i jest tak sprawnie napisana, że mi to wcale nie przeszkadzało. Poza tym może domyślałam się „kto”, ale brakowało mi przecież „jak”. 

A teraz czekam na więcej. Mam nadzieję, że Kańtoch będzie zdradzać fantastykę z literaturą kryminalną nieco częściej.