panie! kup pan cegłę!

o, targowiska warszawskie!

o, bramy warszawskie!

warszawskie śniegi, warszawskie wiosny, warszawskie kawiarnie! największy plac europy! też warszawski.

warszawa roku 1954, przemierzana w towarzystwie Eugeniusza Śmigło, Fryderyka Kompota, pana Kalodonta, Kuby Wirusa, czy Edwina Kolanko. warszawa powojenna, jeszcze zrujnowana, pełna popalonych budynków, ale i piętrząca się do góry, wypełniona kurzem z wszechobecnych placów budowy. dzień powszedni i warszawskie zwyczaje, kolejki przed kinem, tłok w autobusach, tłok na przystankach, warszawskie bary i kawiarnie. a przede wszystkim ludzie, ich zachowanie, ubranie i nawet mowa. oddane tak, że nie zrobiłby tego lepiej żaden film, żadna kronika filmowa.

przez ostatni tydzień serce biło w rytmie nieco przyspieszonym, wypieki na twarzy towarzyszyły lekturze, i chciało się tylko szybciej, szybciej, szybciej! przewracać kartki! jak za dawnych czasów, kiedy książki czytało się dla opowieści, obgryzałam paznokcie, co dalej, co dalej? chciałam być już przy końcu i jednocześnie nie chciałam. pomykałam po stronach książki razem ze szpiegiem z krainy deszczowców, panem w meloniku, który po warszawskich ulicach pomykał swoim dość osobliwym samochodzikiem: każda jego część wywodziła się z innej epoki samochodowej, przy czym najmłodsza z tych części pochodziła z doby gorączkowego rozwoju automobilizmu tuż po pierwszej wojnie światowej. szprychowe kółka kręciły się powolną godnością, lecz nieustępliwie, z przodu maski dobywał się lekki piórpusz dymu. 

nie tylko pan w meloniku, nie tylko gwardia złego, po prostu wszyscy w tej książce są dosyć osobliwi. nawet zbiry:

wszedł Kruszyna; w ręku miał cienką książeczkę. – z czego się tak cieszysz? – spytał Merynos. – z tego – Kruszyna podał mu książkę. – „Przygody Koziołka Matołka” – przeczytał Merynos. – genialne – rzekł z zachwytem Kruszyna – skonać można ze śmiechu!

ten Tyrmand to był kozak!