Judith Hearne

Kiedy wyjeżdżam, ciężko mi się czyta. Nie zawsze z braku czasu, najczęściej z rozproszenia myśli. W nie swoim otoczeniu, nawet jeśli jest ono moim dawnym pokojem, trudno jest mi się skupić na dłuższych tekstach. Okładam się wtedy gazetami i nadrabiam prasowe zaległości, tak żeby starczyło na następne pół roku.

Jest jednak książka, którą przeczytałam na jakiś czas przed wyjazdem na Święta do domu, a która mi siedzi w głowie jeszcze dziś. Zdarzało mi się to wcześniej, na przykład po dziś dzień chodzi za mną White Noise Dona DeLillo, pomimo tego że książka mnie nie zachwyciła (dziś koleżanka w pracy potwierdziła, że to faktycznie nie najlepsza pozycja DeLillo). A może przez to właśnie rozmyślamo książce, bo mnie nie zachwyciła? Z Lonely Passion of Judith Hearne jest jednak inaczej. To książka, która zachwyca. Ale nie zachwyca lekkością, lektura nie sprawia tu łatwej przyjemności. Nie ma co po nię sięgać, kiedy szukamy odskoczni czy nieskomplikowanej rozrywki, bo to powieść przejmująca aż do bólu – przejmująca nie dlatego, że tkliwa, ale dlatego że tak dobrze napisana

Gdyby spojrzeć na treść Judith Hearne (pod tym tytułem książka została wydana po raz pierwszy), to można by powiedzieć, że opowiada ona perypetie zubożałej starej panny. Tyle tylko, że słowo perypetie tu nie pasują, bo słowo perypetie ma zbyt pozytywne konotacje. Perypetie starych panien to może opowiada Barbara Pym, ale nie Brian Moore. Opowieści Pym, na pierwszy rzut oka podobne, bo za główne bohaterki mające religijne stare panny, mają zupełnie inną wymowę, a kobiety samotne są niezależne i doskonale dają sobie radę w życiu. Co tu dużo mówić, są wręcz zadowolone z życia. Judith Hearne Moore’a zadowolona z życia nie jest. Jest brzydkim kaczątkiem, ale nie z bajki, bo to brzydkie kaczątko z wiekiem jeszcze bardziej zbrzydnie. Judith jest samotna, a w swojej samotności aż żałosna, ale nie do pogardzenia żałosna, tylko tak do żalu żałosna; wszystko dzięki sposobowi, w jaki Moore przedstawia czytelnikowi swoją bohaterkę, i w jaki prowadzi narrację: niby jest to opowieść o starej pannie, ale o starej pannie, która nas obchodzi (i w jakiś przedwiny sposób ta opowieść naprawdę trzyma w napięciu).

Lonely Passion of Judith Hearne to jedna z tych książek, którym się przytrafiło kilkuletnie leżakowanie na półce. Kupiłam ją niemalże zaraz po tym, jak przeczytałam o niej na Czytankach Anki, ale dopiero gdy kilka miesięcy temu natrafiłam na wzmiankę o autorze u Diany Athill, która z Moorem się przyjaźniła i przez wiele lat była jego redaktorką, zmobilizowałam się, żeby po książkę sięgnąć. I to był jeden z tych momentów, w których cieszę się, że jednak tyle książek zbieram, bo mam wśród nich naprawdę sporo skarbów. Poza tym miałam wrażenie, że w jakiś sposób już przez samo stanie na półce i przez sam fakt bycia moją książka stała mi się bliska. Lubię takie momenty, kiedy, jak przy lekturze Diany Athill, napotykam na wzmiankę o autorze, którego książka stoi tuż obok na półce i w każdej chwili mogę po nią sięgnąć.

Judith Hearne

PS. Powieść Moore’a została też przetłumaczona na polski; na pewno można znaleźć ją w bibliotekach, a jak nie tam, to jest na allegro za pięć złotych!