kanadyjsko

When you are in the middle of a story it isn’t a story at all, but only a confusion; a dark roaring, a blindness, a wreckage of shattered glass and splintered wood; like a house in a whirlwind, or else a boat crushed by the icebergs or swept over the rapids, and all aboard powerless to stop it. It’s only afterwards that it becomes anything like a story at all. When you are telling it, to yourself or someone else.

Po wtorkowym wpisie doszłam do wniosku, że jednak potrzebuję zmiany. Opętała mnie potrzeba opowieści i nie ruszyłabym dalej z żadną lekturą, gdybym tej potrzeby nie zaspokoiła. Pozostało mi tylko wybrać opowieść, która pozwoliłaby uniknąć rozczarowania. Rozejrzałam się więc wśród autorów i autorek już mi znanych i lubianych. Padło na Margaret Atwood, której kilka książek już przeczytałam, żadna nie zawiodła, a dwa tytuły znajdują się na mojej prywatnej liście top 10 (które jest top 10 już chyba tylko z nazwy). Na półce miałam jej dwie nieprzeczytane książki, Oryx and Crake i Alias Grace. Ze względu na niczym nieuzasadnioną awersję do science-fiction, które czytuję, ale nie namiętnie, stwierdziłam, że Alias Grace będzie tą bardziej bezpieczną opcją. Szczególnie, że w pamięci miałam słowa koleżanki, która książkę bardzo chwaliła, a kilka dni temu natknęłam się na rekomendację na blogu krawieckim (??? – nie jestem pewna czy to prawidłowa nazwa „gatunkowa” takich blogów), że lektura tematyczna, a ja lubię tematycznie.

Alias Grace to historia Grace Marks alias Mary Whitney, oskarżonej o współudział w morderstwie Thomasa Kinnear i Nancy Montgomery. Morderstwo miało miejsce w 1843 roku, ale zdarzenia opowiadane przez Atwood są z roku 1859. Historia opowiedziana jest głównie z dwóch perspektyw, narratora i Grace, pomiędzy które wplatane są dokumenty z rozprawy, sprawozdania dziennikarskie, i listy doktora Grace, który kilkanaście lat po zabójstwie spotyka się z więźniarką  i wysłuchuje jej historii. Narrator opowiada nam o doktorze Simonie Jordanie, ale historię Grace poznajemy z jej perspektywy.

I to właśnie historia opowiadana przez Grace jest najbardziej zajmująca. Grace występuje tu pod postacią archetypowej prządki – co prawda niczego tutaj nie przędzie, tylko jest szwaczką. Nie wiem jak angielskie seamstress zostało przetłumaczone w polskim wydaniu, ale moim zdaniem słowo seamstress pięknie pasuje do opowiadania, gdyż Atwood przedstawia czytelnikowi Grace przy pracy, komponującą swoją opowieść, tak jak komponuje się narzutę na łóżko, skrawek za skrawkiem, nitka za nitką. Podczas lektury miałam wrażenie podążania za jej opowieścią tak jak igła z nitką podążają za zgrabnymi ruchami dłoni szwaczki. Grace opowiada o swoim ubogim dzieciństwie, przeprawie przez Atlantyk, służbie w Toronto. Momentami nasuwają się skojarzenia z opowiadaniami Alice Munro z tomu The View from Castle Rock, które też ukazują początki osadnictwa kanadyjskiego. Momentami mamy coś rodem z Upstairs Downstairs czy Gosford Park. A ponad wszystko mamy niezwykłą historię Grace, podszytą obrazem niesprawiedliwości społecznej, czy to wynikającej z bycia kobietą, czy to wynikającej z bycia ubogą. W ten sposób otrzymujemy lekturę doskonałą, od której trudno się oderwać.

Atwood

niepokojąco

pewne książki można czytać tylko wtedy, kiedy wokół nas panuje cisza i spokój. kiedy mamy pewność, że nic nie zmąci rutyny wokół nas. kiedy mamy pewność siebie. kiedy ogarnia nas taka mała stabilizacja, kiedy możemy bezpiecznie planować wakacje. kiedy zapomnieliśmy, jak zadawać pytania, kiedy wręcz w zadawaniu pytań nie widzimy sensu. kiedy zamknęliśmy stare rozdziały. wtedy możemy sięgnąć po książki niepokojące. czasami robimy to z przypadku, czasami z wyrachowania, bo morze nie może być zbyt długo spokojne. bez wiatru łódka nigdzie nie dopłynie.

książki niepokojące nie odpowiadają na pytania. nie dają żadnych definicji. bo nie ma przepisu na życie. nie czytamy ich po to, żeby się lepiej poczuć, tylko po to, żeby nie móc w nocy spać. to nie fantazje, dalekie od pierwszoosobowych narracji bohaterów, z którymi możemy się utożsamić, i którzy dzielnie wykaraskają się z każdych tarapatów, odnajdą złoty graal. a nawet jeśli, ktoś taki jak Rachel Cusk zaserwuje nam pierwszoosobową opowieść, to dalecy będziemy od utożsamiania się z bohaterką. obnażoną. nawet jeśli zdobędzie  graal, to nie złoty, co najwyżej patynowy.

jak do tej pory najlepiej miesza Alice Munro. to ona nie daje w nocy spać. u niej nie ma złudnej wiary, że wszystko jest po coś, czemuś potrzebne. jest jak jest. pełno straconych okazji, wcale nie po to, żeby otworzyć nam więcej drzwi. a mimo wszystko umiemy sobie radzić z emocjami, prawda? nie przestaje nas to zadziwiać.

nie rozczarowuje też Rachel Cusk. chociaż na początku ma się ochotę dosłownie rzucić książkę w kąt (the country life), po kilkudziesięciu stronach nie można jej odłożyć. ale wbrew reputacji, Cusk mąci delikatnie. jej książki zdają się być jak dania podane na sewrskiej porcelanie, z tradycją. proza Munro natomiast jest jak kraj, z którego pochodzi. daje wrażenie przestrzeni, pomimo skondensowania w formie opowiadania. jest chłodna. i praktyczna. jak zastawa na co dzień, bez zbędnych ozdób.

pani Drabble przy tym wszystkim niestety rozczarowuje. być może nie trafiają już do mnie powieści inicjacyjne dla młodych dziewcząt, o wejściu w wielki świat, o odnalezieniu siebie. być może za dużo w tym dziennych marzeń. być może nie przemawia już do mnie proza, gdzie  więcej fantazji o świecie niż realnego świata. a być może lubię po prostu, kiedy po wejściu do rzeki, woda mętnieje od poruszonego mułu. bo nic nie jest takie, jak się wydaje.

małe porcje

jestem długodystansowcem. w każdym znaczeniu tego słowa, w niemalże w każdej dziedzinie. od zawsze używam tych samych perfum, kupuję ubrania w tych samych sklepach i nowe zawsze przypominają te, które już leżą w szafie. a tak w ogóle to najchętniej chodzę w jednej spónicy, dopóty materiał się nie przetrze. lubię jak coś trwa. w poprzednim wcieleniu na pewno nie byłam jętką, a raczej jakimś żółwiem z galapagos.

uwielbiam też duże porcje. i nie chodzi mi tylko o ciasto lub makaron. uwielbiam duże porcje słów, przede wszystkim. niech są ze mną jak najdłużej, niech jak najdłużej się toczą. raczej nie interesują mnie w książkach intrygi, tajemnice, suspensy, budowanie napięcia, nieoczekiwane zwroty akcji, niespodziewane zakończenia. to słowa mnie do nich przyciągają. tarzam się w nich jak dzieciak w śniegu. zanurzam, aż stracę oddech.

nie to, żebym powoli czytała, chociaż czasami specjalnie spowalniam. lubię po prostu jak książka ma 600 stron. albo najlepiej dwa tomy. siedmiotomowy Proust to mój ideał. aż tu nagle przytrafia się taka Alice Munro. nęci panosząc się na księgarnianych półkach. dać szansę? po przeczytaniu wstępu autorstwa Franzena miałam raczej ochotę rzucić się na jego książki, ale jak się już na nie rzuciłam, to mi chwilowo przeszło. i tak leżała sobie Munro na mojej półce przez ponad rok, aż w końcu pewnego wieczora stwierdziłam, że  spróbuję, przecież nie gryzie.

Munro na pierwszy rzut oka jest wszystkim, co mi obojętne: krótkością, napięciem, nieoczekiwanym zwrotem ‚akcji’. a teraz brak mi słów. czytam jej opowiadania z ogromną przyjemnością, dozuję je sobie, po jednym dziennie, i są to najmilsze chwile mojego dnia. Munro jest jak niewidoczny wir w spokojnej rzece. płyniesz sobie nieświadom zagrożenia, a tu nagle coś cię wciąga. mąci, ale mąci wspaniale.

po prostu nie mogę się oderwać.

 

 

 

ps. dla zainteresowanych wywiad z Alice Munro w Paris Review of Books.