impas czytelniczy

Jesień, wbrew oczekiwaniom, nie rozpoczęła się zbyt ciekawie. Stos książek ustawionych przy łóżku wcale mnie nie nęcił, mimo że już od miesięcy planowałam jesienne wieczory spędzone na czytaniu najgrubszych książek. A tu spora część października zeszła mi na czytaniu kryminałów. Nawet klasycy mnie nużyli, do tego stopnia, że przyjaciółka mnie nazwała bezczelną. Nawet powroty do rzeczy sprawdzonych nie sprawiły spodziewanej przyjemności. Nawet od dawna wyczekiwane książki ukochanych autorów nie wywołały rumieńców podniecenia… Jak nic, czekała mnie zima z kryminałami. Szczęśliwie trafiłam na na tyle kiepski kryminał, że chyba mi przeszło, przynajmniej na pewien czas!

A spodziewałam się po nim wiele. Przyuważyłam tego autora na blogu krakowskiego makaroniarza, jeszcze większego ode mnie italofila. Pomyślałam sobie, świetnie, będzie o Włoszech, i o Trieście – mieście, które fascynuje mnie od lat! Przecież można potraktować tę książkę jako przewodnik po regionie, więc nie powinno być żadnych wyrzytów sumienia. I tak uspokoiwszy swoją snobistyczną naturę, zabrałam się za kryminał Veita Heinichena.

Mam jednak tak, że książki „z serii” lubię czytać po kolei. I mam jeszcze tak, że lubię detektywów w stylu Sherlocka Holmesa. Takich bardziej inteligentnych, którzy są sami w stanie rozwiązać zagadkę, a nie, za których zagadkę rozwiązuje ktoś inny, albo jeszcze sprawa rozwiązuje się sama, szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Jednym zdaniem, skoro już „marnuję czas” czytając kryminały, to chcę go marnować przyjemnie, czytając o superbohaterach. Bo jest mi zimno, jest mi szaro i ponuro, jednym słowem – nudno.

Zabrałam się więc za pierwszy wydany w Polsce kryminał z komisarzem Proteo (w książce jest jeszcze dziennikarz, który nazywa się Ramzes; i pies, który wabi się Almirante, czyli jest imiennikiem założyciela woskiej partii neofaszystowskiej), Śmierć na liście oczekujących. Książka to okazała się jednak być trzecią w serii (przy czym faktycznie Zbrodnia i kawa jest późniejsza), a mimo to czytało się ją jak powieść debiutanta. A przecież, pomimo swojej rozrywkowej funkcji, nawet kryminał powinien być przyzwoicie napisany. Już nie mówię, że wszystkie wydarzenia muszą mieć sens, przeżyję nawet oskalpowaną Szwedkę, jeśli styl i narracja i pozostałe wydarzenia (no dobra, może poza ferrari combi rozpędzonym po zamarzniętym Bałtyku) są bez zarzutu (tak, tak, podobnie jak masa innych czytelników, przeżyłam zachwyt Bezcennym!), ale u Heinichena było trochę zbyt dużo początkującego pisarza i chyba początkującej tłumaczki. Bo czy nie można powiedzieć, że obraz był trzymany w skarbcu Banca Commerciale, zamiast „Tak, ale teraz [obraz] jest w trezorze Banca Commerciale”? Chyba że to ja już tak kontakt z mową ojczystą straciłam i nie wiem, że słowo „trezor” jest teraz w powszechnym użyciu? Być może faktycznie to ja za dużo książek obcojęzycznych czytam, że opisy takie jak te: „Poza szumem lekkiego przyboju dolatującym do brzegu morskiego, który biegł nisko dołem u podnóża stromej skały wapiennej, przez parę sekund słychać było jedynie skrzeczenie srok” czy „Pułkownik był od niego młodszy, miał starannie przycięte wąsy, tak czarne, że Laurientiemu przemknęła myśl, czy nie wyglansował nimi swoich idealnie czystych butów” tylko na mnie sprawiają wrażenie nieco, hm, niezgrabnych i tylko mnie glansowanie butów wąsami wydaje się dziwną metaforą?

Na dodatek pan komisarz Proteo Laurenti! W ogóle ciężko się zorientować o co mu chodzi. Czy jest przebiegły i tylko udaje mało rozgarniętego? Czy naprawdę jest mało rozgarnięty, i tylko fuksem udaje mu się natrafić na właściwy trop? Raczej nie myśli jak komisarz, a Sherlockiem Holmesem to on już na pewno nie jest. Podejrzewam, że autor chciał go wykreować na włoskiego macho (atrakcyjna żona i jeszcze bardziej atrakcyjna kochanka!), ale moim zdaniem średnio mu to wyszło.

Coś jednak sprawiło, że lekturę skończyłam. A były to opisy jedzenia i naprawdę świetne zarysowane tło opowieści, z całym tyglem kulturowym i językowym, który tylko w tak specyficznie usytuowanym mieście jak Triest jest możliwy. I to mnie w tym miejscu fascynuje, i to, trzeba przyznać, było w tej książce doskonale zarysowane. Podobnie jak sytuacja polityczna we Włoszech (swoją drogą dziwnie znajoma…). Nie wiem, czy dam Heinichenowi jeszcze jedną szansę, co prawda w przypływie entuzjazjmu zakupiłam od razu dwie jego książki (w końcu na czytniku nie zajmują wiecznie się kurczącego miejsca na półkach). Jeśli tak, to ze względu na Triest i z nadzieją, że może kolejną książką autor nam się jakoś rozkręcił…

Tymczasem, wyleczona z kryminałów, planuję powrót to lektury rozpoczętej przed tygodniem:

the luminaries

I nie, ten kubek obok książki to nie jest kubek do espresso ;)

The Luminaries zaczęłam w zeszły weekend, a we wtorek wieczorem książka zdobyła Bookera, więc znowu wychodzi na to, że czytam według klucza „nagrodowego”… O samej książce jeszcze niewiele jestem w stanie powiedzieć, przeczytałam zaledwie sześćdziesiąt stron, co przy niejednej książce byłoby jedną czwartą, w niejednej może nawet i jedną trzecią, lektury, a tu akcja się jescze dobrze nie rozkręciła. Tak, tak, Catton przez osiem stron opisuje jak nasz bohater przestępuje próg salonu, przy czym ciężko jest powiedzieć, ile w tym jest rysującej tło dygresji, a ile zwykłego lania wody. Mimo powolnego tempa akcji (jak na razie) udało mi się w książkę wciągnąć, jedyny problem jest w tym, że jej „ceglany” rozmiar (rzuca się na klawiaturę słowo „pustakowy”, które chętnie bym użyła, gdyby nie jego „puste” konotacje) nie sprzyja zabieraniu jej gdziekolwiek. I w takiej sytuacji przerwy na herbatkę w pracy zmuszona jestem spędzać w towarzystwie innych lektur.  Ale już nie kryminałów.

Reklamy