książka o miłości

Pamiętam Annę Sobolewską z seminarium magisterskiego, bo była moją promotorką, i pamiętam, że równie często jak o filmach rozmawialiśmy o snach. Wiedziałam, że ma córkę z zespołem Downa, bo w księgarniach wtedy było pierwsze wydanie jej książki Cela. Odpowiedź na zespół Downa. Teraz ukazało się jej wznowienie, uzupełnione o dorosłe lata Cecylii – pierwsze wydanie książki kończyło się, kiedy Cela miała dwanaście lat.

Książka ta dużo zyskała w uzupełnionym wydaniu, bo dzisiaj czytelnik dostaje do ręki coś więcej niż obraz niezwykle optymistycznej dziewczynki w wieku lat dwunastu, która próbuje znaleźć swoje miejsce w szkole integracyjnej. Poznajemy już Cecylię dwudziestopięcioletnią, która swojego miejsca w szkole integracyjnej nie znalazła, która przeszła stany depresyjne i która marzy o samodzielności. I która jest samotna, bo w pewnym wieku towarzystwo rodziców i siostry przestaje wystarczać.

Pewnie nie jest to literatura, ale brak literackości w tym przypadku nie ujmuje tej książce piękna, i wcale nie boję się użyć tego słowa. Bo to jest piękna książka o miłości i o akceptacji drugiej osoby. Dowód na to, że można kochać drugiego człowieka bez względu na to, czy spełnia on nasze oczekiwania czy nie, a teraz o miłość bezwarunkową wydaje mi się jest jakoś wyjątkowo trudno, nawet o miłość bezwarunkową rodziców w stosunku do dzieci.

Warto zwrócić też uwagę na to, że jest to książka mniej o życiu rodziców dziecka z niepełnosprawnością intelektualną, a bardziej o samym dziecku, tak jak w sumie wskazuje tytuł tej pozycji. Ujął mnie też brak udawania, że z niepełnosprawnością można żyć normalnie. Podobało mi się też to, że autorka nie ucieka przed analizą współczesnego społeczeństwa, społeczeństwa zamykającego się na niepełnosprawnych czy ukazującego nieprawdziwy obraz życia człowieka z niepełnosprawnością umysłową (jak chociażby w Klanie czy w serialu Dzień za dniem). Jest to analiza wnikliwa i niestety trochę smutna, ale zmuszająca do refleksji.

Cela

Chciałam tę książkę przeczytać już kiedyś, na studiach, ale trochę się bałam podejmowanej tematyki, bałam się, że jest to raczej grający na emocjach wyciskacz łez. Grający na emocjach wyciskacz łez to nie jest, chociaż owszem, jest to książka momentami smutna. Ale, powtórzę, jest to książka przede wszystkim piękna, to jedna z tych lektur, które otwierają nas na innych i w sumie dobrze się stało, że sięgnęłam po nią dopiero teraz, nie tylko dlatego, że dzięki temu dostałam pełniejszą opowieść o Celi, ale myślę, że teraz zrozumiałam z niej więcej rzeczy niż gdybym przeczytała ją kilkanaście lat temu na studiach. I jeśli książki w ogóle mogą uczyć nas o miłości, to ta właśnie uczy.

Reklamy

notatki z Herberta

Tego pana od poezji nikomu przedstawiać nie trzeba, podejrzewam jednak, że osoby, które go czytają policzyć by można na palcach jednej ręki. Bo kto przy pogoni za nowościami ma czas i ochotę na czytanie wznowień? To już Szymborska jest nam bliższa, co i raz Znak nam o niej przypomina: tu wydali jej Wszystkie lektury nadobowiązkowe, a tam Rusinka Nic zwyczajnego. A kto czyta Herberta poza maturzystami lub studentami polonistyki?

Przyznam, że i ja nie czytałam. Mam koleżankę, która jest wielką fanką i dała mi kiedyś tom jego wierszy na urodziny, ale ja zawsze wolałam Miłosza. Przeczytałam kiedyś korespondencję Herberta i Miłosza, też otrzymaną w prezencie od innej koleżanki, ale to dla Miłosza było. Na studiach czytałam Labirynt nad morzem i nic nie pamiętam, jedyne wrażenia to podziw, ile ten Herbert wie, i zazdrość, ile ten Herbert zjeździł, też tak chcę. W rezultacie postawiłam pana od poezji na piedestale, a wiadomo jaki najczęściej mamy stosunek do pomników: rzadko ciekawią, jeszcze rzadziej wzbudzają emocje. Te pozytywne znaczy się.

Kiedy pod koniec zeszłego roku skompletowałam jego tryptyk podróżniczy, liczyłam na ciekawostki o Włoszech i nie tylko, mniej nastawiałam się na przyjemność z lektury. Tymczasem zabrałam się za Martwą naturę z wędzidłem, która jest przecież w zupełności poświęcona Holandii, więc temat tutaj średnio mnie fascynuje, i… się wciągnęłam.

Może dlatego, że Herbert zaczął od podróży i niemal na wstępie rzucił: „Jest rzeczą rozsądną rozpoczynać zwiedzanie kraju nie od stolic czy miejsc oznaczonych w przewodniku ‚trzema gwiazdkami’, ale właśnie od zapadłej prowincji, poniechanej, osieroconej przez historię” (str. 9). Pewne pokrewieństwo duszy poczułam od razu. Za chwilę dodał: „Atak alienacji, ale łagodny, jaki dotyka większość ludzi przeniesionych w cudze miejsce. Poczucie inności świata, przekonanie, że wszystko to, co się wokół dzieje, nie bierze mnie samego w rachubę, że jestem zbędny, odtrącony, a nawet śmieszny z tym groteskowym zamiarem obejrzenia starej wieży kościelnej” (str. 10). Herbert schodzi z piedestału, na którym go postawiłam w czasie studiów, kiedy staje „zagapiony na zielony pojazd wyjeżdżający z ulicy, który puszczając w ruch wirowy szczotki umieszczone u podwozia, wzbijał tumany kurzu, co być może nie jest idealnym sposobem oczyszczania miasta, ale poważnym ostrzeżeniem, że kurz nie zazna tutaj spokoju.” (str. 10).

Herbert

Oczywiście nie brakuje tutaj tego Herberta, którego zapamiętałam, tego, co wie wiele rzeczy. Ale ustąpił on miejsca temu, co umie opowiadać, nie tylko o słynnym szaleństwie tulipanowym, ale i o zwykłym holenderskim życiu sprzed pięciuset lat. I robi to tak, jakby opowiadał nam anegdotę z wczorajszego wieczoru w pubie, lekko i swobodnie.

jak nie pisać wspomnień z podróży

Chciałbym oszukać czas. Odnaleźć ścieżki, którymi wędrowali pisarze. Zobaczyć podobny krajobraz, podobny horyzont. Móc kiedyś powiedzieć jak Jan Kott: „Parę razy w życiu udało mi się dotknąć tego kawałka materii, od którego zaczynał się świat pisarzy”.

Adam Szczuciński, Włoskie miniatury,

wydanie elektroniczne, więc tak gdzieś przy 9%

Po to, żeby oszukać czas Adam Szczuciński wędruje po Włoszech, głównie, bo są też i miniatury z Hiszpanii i Algierii, i próbuje odkryć świat pisarzy: Brodskiego (Wenecja), Herlinga-Grudzińskiego (Neapol), Cervantesa (Hiszpania), Lampedusy (Sycylia). Towarzyszą mu lektury, wiersze, szkice, dzienniki. Zapowiada się pysznie, prawda? Niestety, pysznie nie jest, bo czułam się tak, jakbym zamiast wykwintnych makaroników dostała do ręki suchary.

Szczuciński decyduje się nam opowiedzieć o swoich licznych włoskich podróżach przez pryzmat przeczytanych przez siebie książek. Lektura jego miniatur bardzo mnie jednak rozczarowała, bo autor swoje wrażenia z odwiedzonych miejsc ograniczył głównie do cytatów i nawiązań literackich. Co, do pewnego stopnia, rozumiem, bo ja też lubię filtrować wrażenia przez literaturę, czemu wielokrotnie daję wyraz, przecież od miesiąca nie piszę o niczym innym jak o książkach o Włoszech. I czego do pewnego stopnia zazdroszczę, bo ja też bym chciała mieć za sobą lekturę wielu wspomnianych przez Szczucińskiego książek. Stworzonym przez niego miniaturkom wiele jednak brakuje, a przede wszystkim brakowało mi w tych szkicach obecności samego autora. Już o obecności Włoch nie wspominając, przecież Italia to nie tylko książki. Czy odwiedzane miejsca nie zrobiły na autorze żadnego wrażenia? Czy nie pozostawiły innych refleksji poza nawiązaniami do lektur i pisarzy?

Nie mogłam się też powstrzymać od porównania Włoskich miniatur z Gdzieś dalej, gdzie indziej Dariusza Czai. Jak różne wrażenia mam z tych książek, a przecież obie są relacjami z podróży zainspirowanych lekturami! A jednak Czaja żyje czytanymi książkami, stają się one organiczną częścią jego i jego wypraw, są powodem do refleksji. Opisuje świat widziany nie tylko oczami Muratowa czy Tarkowskiego, ale przede wszystkim swoimi. Kiedy wspomina scenę z filmu dokumentalnego o Tarkowskim, tę przy katedrze w Trani, to nie zostawia on nas tylko z tą sceną. Oglądamy później tę katedrę tak, jak widział ją Dariusz Czaja. Jego książka nie jest zbitkiem samych cytatów, jest opisem przeżyć, a tych przeżyć zabrakło mi u Szczucińskiego. Kiedy w jego miniaturach natykamy się na stwierdzenie, że trudno mu zrozumieć Konstantego Jeleńskiego, który uważał Via dei Tribunali za najpiękniejszą ulicę na świecie, nie znajdziemy rozwinięcia tego zdania. Jest kropka i stwierdzenie, że Neapol nie jest miastem pięknym. Niemal odrazu autor przechodzi do Herlinga-Grudzińskiego, a ja bym chciała się najpierw dowiedzieć, co tak naszemu podróżnikowi nie podobało się na ulicy Tribunali.

W pewnym momencie Szczuciński pisze, że książki są jak „maska tlenowa, głęboki, swobodny oddech, gdy ciało jest już pod wodą”. Zdanie, z którym zgadzam się niemal absolutnie, z małym tylko zastrzeżeniem: trzeba uważać, żeby książki nie robiły tego oddychania za nas przez cały czas. Czasami trzeba wypłynąć na powierzchnię, pooddychać samemu.

Na zakończenie zostawiam Was z katedrą w Trani.

Katedra w Trani
Katedra w Trani