jak podróżować?

przede wszystkim, wybierając się w wakacyjną podróż, trzeba dobrze obmyślić strój. nie może to być pierwsze lepsze ubranie z szafy, nie, nie, nie. musi to być ubranie, co robi wrażenie, w końcu w tym stroju będzie nas widział po raz pierwszy nowy kraj! najlepsze będą więc zwiewne sukienki, na ramiączka, albo nawet lepiej bez. o ile to możliwe krótkie, ale wtedy dobrze by było mieć kogoś, kto nam ściągnie z taśmy nasze walizki. buty są tu kluczowe. absolutnie nie tenisówki, ani nie sandały. najlepiej obcas, wysoki, ewentualnie mogą być koturny. uroku doda oczywiście słomiany kapelusz, jakiś zwiewny szaliczek, nie skąpmy również biżuterii. a już najmniej skąpmy makijażu! oko zrobione, obecnie modne są dwa kolory, zieleń z niebieskim, plus mocna, czarna kreska. usta błyszczące, ale nie możemy zapomnieć, żeby przed wyjściem z samolotu poprawić błysk.

przed wejściem do samolotu upewnijmy się również, że wszyscy nasi znajomi wiedzą, że właśnie wybieramy się w podróż. w końcu telefony mogą być włączone dopóki w samolocie nie ruszy silnik, więc na pewno wszystkich obdzwonić zdążymy. w ogóle nie ma co się spieszyć. prasówkę wyciągamy z walizki tuż przed wrzuceniem bagażu do schowku nad siedzenie, przecież nieść oddzielnie przygotowane niewygodnie, a my przede wszystkim się nie spieszymy.

poruszać się po nowym lotnisku też trzeba niespiesznie i z należytą uwagą. pamiętajmy, żeby za każdym razem, kiedy dojedziemy schodami ruchomymi na górę lub na dół, zaraz się zatrzymać, i rozejrzeć jak najdokładniej, sprawdzając gdzie jesteśmy. to samo tyczy się wyjścia z windy: stajemy i rozglądamy się na boki, nikt się przecież nie spieszy. my też nie, dlatego przesiadając się zdążymy wskoczyć do sklepu bezcłowego. przecież bez nas nie odlecą, a jeśli już by mieli na to ochotę, to ktoś nas zawoła przez głośnik, swoje nazwisko jeszcze rozpoznamy, prawda?

pośpiech za to jest wskazany przy lądowaniu. ostrożnie tylko, bo jeśli wstaniemy nieco za szybko, stewardessa nas może nieco skrzyczeć. ale jak tylko samolot stanie, powinniśmy zerwać się na równe nogi. równie prędko trzeba włączyć telefony komórkowe, żeby uspokoić naszych znajomych, że już bezpiecznie wylądowaliśmy.

lotniska

jedną z zalet mieszkania daleko poza domem jest możliwość częstego latania i przebywania na lotniskach. wiem, że są osoby, które latania się panicznie boją, podróżowania nie znoszą, a lotnisk i dworców nie cierpią. ja do nich jednak nie należę. dajcie mi trasę do domu, podczas której będę musiała się przesiąść na czterech lotniskach i lecieć dwadzieścia godzin a będę zachwycona.

lubię lotniska małe, takiej jak to w wenecji, które wygląda jak większy dworzec autobusowy, i gigantyczne terminale, w których łatwo się zgubić i po których poruszać się trzeba ruchomymi chodnikami lub kolejką. lubię te stare, już zużyte, pamiętające czasy łagodniejszych kontroli, w których maszyny do prześwietlania bagażu wyglądają jak obce narośla, i które tylko czekają, aż ktoś je wreszcie odmaluje i odnowi, a tymczasem wspomagają się respiratorem. lubię te nowe, puszące się, błyszczące setką sklepów i luksusowych butików.

lubię spać na lotniskach, wśród innych podróżnych w kafejce otwartej całą noc, z nogami skulonymi na kanapie.  lubię siedzieć w poczekalniach, czytając książki, lub rozmawiając z innymi. obserwować jak za gigantyczną szybą terminala wstaje słońce. podglądać innych, wymyślając im życiorysy, zgadując cele podróży, co ich gna i dokąd.

lubię lotniskowe księgarnie. mimo że nigdy nie mają dobrych książek na stanie, a przynajmniej takich, które zaspokoiłyby mój snobistyczny gust, mam ochotę coś kupić. książkę, która mami kolorową, wakacyjną okładką, magazyn, którego i tak nie przeczytam, żelki, których normalnie bym sobie nie kupiła, bo to sama chemia. ale w podróży przecież można sobie pozwolić na takie grzeszki.