intymnie

Lydię Davis odkryłam kilka lat temu w księgarni London Review of Books, kiedy miałam zwyczaj spędzania przerw w pracy na spacerach i szperaniu po księgarnianych półkach. Tak wyszperałam The End of the Story. Do dziś pamiętam kilka pierwszych akapitów tej książki, wtedy tam przeczytanych: jest gorący, czerwcowy dzień, dwie dziewczyny siedzą na tarasie, a chłopak (prawdopodobnie były chłopak jednej z nich) pakuje swoje rzeczy w garażu.

Pamiętam, że nie kupiłam wtedy tej książki; było to amerykańskie wydanie, nieco droższe od brytyjskiego, postanowiłam więc poszukać tańszego lub znajomość z autorką rozpocząć od czegoś innego. Szkoda mi teraz przepuszczenia tamtego wydania, które jest już niedostępne, a szarą ścianę z zegarem z okładki też pamiętam do dziś, bo książkę miałam w ręku jeszcze kilka razy.

Lydia Davis, tłumaczka, autorka opowiadań, laureatka Międzynarodowego Bookera z 2013 roku, o której wspominałam już kiedyś tutaj, swoją jedyną powieść wydała w 1994 roku. Jej narratorka opowiada historię dawnej miłości, a raczej historię końca pewnego związku z o dwanaście lat młodszym mężczyzną. Od sceny opisanej na początku książki, kiedy to nieznana nam z imienia bohaterka widziała swojego byłego już chłopaka po raz ostatni, minęło kilka ładnych lat.

The End of the Story nie jest jednak kolejną historią o miłości; to rekonstrukcja wspomnień i, jak wspomnienia, bywa chaotyczna. Jest to książka o pamiętaniu, w końcu Lydia Davis to tłumaczka Prousta, ale ta powieść w sposobie narracji różni się od W poszukiwaniu straconego czasu. W ogóle mało tu tradycyjnego opowiadania. Narratorka świadoma jest zawodności źródła jakim jest pamięć, a stare notatki też nie pomagają, opisana wcześniej scena ostatniego spotkania na końcu książki wspomniana jest ponownie, ale tym razem pamiętana nieco inaczej.

Bohaterka pamięta zapachy: kwitnącej pustyni, eukaliptusa, kwiatów w ogrodzie. Pamięta dźwięki: przejeżdżającego pociągu, bardziej wyraźnego w nocy, ze względu na wszechobecną ciszę, czy fal oceanu. Pamięta krajobrazy. Jakieś spotkania. Liczy wieczorki poetyckie, kłótnie, wyjazdy, rozmowy telefoniczne i listy, tak jakby ustalenie i uporządkowanie faktów z przeszłości miało jej w czymś pomóc: Nie wiem dlaczego muszę odtworzyć to wszystko – czy jest to ważne z powodu, którego jeszcze nie odkryłam, czy też po prostu chcę odpowiedzieć na pytanie dopiero jak poznam odpowiedź?  (str.145)

Niewiele dowiadujemy się o narratorce-bohaterce tej książki, nie znamy nawet jej imienia. Przypomina trochę samą Davis – wykłada, tłumaczy, pisze swoją pierwszą powieść. Ale nie będę utożsamiać autorki z bohaterką książki i nazywać tego prozą autobiograficzną, podążę za wskazaniem samej Davis, która mówi, że wszystko przerobione przez pamięć jest fikcją. Niewiele wiemy też o chłopaku, z którym się rozstała, nie znamy nawet jego imienia. Znamy za to imiona jej przyjaciół, współlokatorki, jej obecnego męża.

Co jakiś czas narratorka przerywa swoje wspomnienia i przenosi opowieść w moment sobie współczesny. Często zwierza nam się też z problemów przy pisaniu książki, nie tylko tych związanych z ulotną pamięcią czy tych dotyczących konstrukcji książki, ale też tych bardziej powszednich, jak tłumaczenie czekające na ukończenie, czy wymagający opieki ojciec Vincenta. Bez względu na to czy narratorka opowiada nam o sobie współczesnej, czy tej sprzed kilku lat, daje nam ona opowieść bardzo szczerą i bardzo intymną. Proza ta staje się zapisem jej najbardziej intymnych uczuć, i to właśnie ta intymność tak mnie do tej książki przyciągała.

Lydia Davis

Narratorka nie przedstawia nam jednej opowieści, daje za to zestaw obrazów; nasza pamięć przecież nie działa linearnie, a nasze wspomnienia filtrowane są przez późniejsze wydarzenia. Pewnie dlatego najlepiej czyta się tę powieść trochę tak jak opowiadania Davis – w małych dawkach. Ta książka to celebrowanie powolnego czytania.

lydia davis

Kiedy w zeszłym roku Lydia Davis dostała Międzynarodowego Bookera spodziewałam się wręcz mody na nią, niemal takiej, jaka wybuchła w przypadku Hilary Mantel. Tak się jednak nie stało. Nadal mało kto kojarzy Lydię Davis, a przecież chyba wszyscy wiedzą kim jest Mantel. Zastanawiając sie nad tym fenomenem, doszłam do wniosku, że być może stan literatury światowej jest nieco odmienny od tego, jakim go ukazują nam krytycy. Przecież to oni wieszczą zmierzch tradycyjnej powieści, kiedy czytelnicy jednak wybierają bardziej tradycyjne formy literatury. Bo cóż może być bardziej tradycyjnego od dobrze skonstruowanej powieści historycznej?

Natomiast opowiadania Lydii Davis nie mogłyby być dalsze od tradycyjnego pojęcia prozy. Prawdopodobnie część z nas nawet nie nazwałaby tego, co pisze Davis, opowiadaniami. Właściwie ja sama mam ten problem nazewniczy. Niektóre z jej opowiadań faktycznie przypominają historie, ciągną się na kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt stron. Ale wiele z nich przypomina raczej zdania wyrwane z kontekstu. Czasami jej opowiadania wydają się jak skrawki, które inny pisarz wykorzystałby może w jakiejś większej formie. To, że niektóre z jej opowiadań mają długość akapitu, albo nawet składają się z dwóch zdań, jest na tyle kontrowersyjne, że było powodem omijania Davis przy rozdzielaniu nagród aż do czasu międzynarodowego Bookera. Ale to też jak widać wśród czytelników przeszło bez większego echa.

Jak dla mnie jednak jej pisarstwo tylko zyskuje na prostocie i tej niespotykanie krótkiej formie. Podobnie jak opowiadania Alice Munro są doskonale wyważone, wydłużenie ich chociażby o odrobinę zburzyłoby harmonię prozy kanadysjkiej pisraki, tak samo wyważone, według mnie, są opowiadania Lydii Davis. Straciłyby swoją siłę oddziaływania, gdyby umieścić je w dłuższych utworach. Bo dzięki temu właśnie, że są tak krótkie, na tak długo pozostają w pamięci. Za nic nie mogłabym przytoczyć treści niektórych (jeśli nie większości) przeczytanych dwa lata temu książek, ale opowiadanie Davis, które przeczytałam dwa lata temu, jeśli nie trzy, pamiętam doskonale do dziś. Może dlatego, że miało tylko cztery strony. A może dlatego, że zrobiło na mnie takie wrażenie, że było przepełnione miłością, empatią, niesamowitym zmysłem obserwacji. A była to tylko historia starego słownika.

Davis jest również tłumaczem, przetłumaczyła między innymi Balzaca i Prousta. Podejrzewam, że również dlatego jej historie charakteryzują się niezwykłą wrażliwością językową. Jest ona co prawda nieco inna niż u Lorrie Moore, która to przede wszystkim bawi się językiem (nawet tytuł jednej z jej powieści to Anagramy). Davis natomiast zwraca uwagę na komunikację, na przekaz. Jej opowieści to próby porozumienia, przekazania informacji. Jak to dwustronicowe opowiadanie, w którym Davis próbuje ‚ostrzec’ współpasażerów, jakim jest podróżnym. Jedzącym kanapki, ale po cichu. Czasami zdejmującym buty, ale wtedy zakłada na nogi kapcie. Czasami może zajrzeć do torby wiele razy, czasami w ogóle. Chwilami przekaz wydaje się pełen sprzeczności, ale tak naprawdę narratorka nie może współpodróżnym nic lepszego zaoferować. Ze słów Davis przenika jednak niezwykle ujmujący wzgląd na drugą osobę. Narratorka opowiada o sobie, ale nie robi tego dla siebie. Nie jest to forma autoterapii. Nie towarzyszy też temu chęć zwrócenia na siebie uwagi. Jest tu natomiast autentyczna chęć  porozumienia się z drugą osobą, wszystko to, co narratorka mówi, mówi dla tej drugiej osoby.

Niedawno wyszedł nowy tomik opowiadań Davis. Mam nadzieję, że zyska on uznanie większej rzeszy czytelników niż jej dotychczasowe proza. Zasługuje na to.

lydia davis