nie oceniaj książki…

… po okładce. Niby ciągle to sobie powtarzamy, ale przecież często to pierwsze wrażenie się najbardziej liczy! Dzięki pierwszym wrażeniom ułatwiamy sobie czytelnicze życie, możemy uporać się z nadmiarem wydawnictw, z nadmiarem piszących, których niedługo będzie więcej niż czytających. Najczęściej instykt chroni nas przed rozczarowaniem, ale czasami, czasami, sprawia nam miłe niespodzianki. Powiedzmy sobie sami, czego możemy się spodziewać po takiej pistacjowej okładce?

mitfordówny

Chyba tylko jakiegoś kiepskiego czytadła.

A jednak książka Mary S. Lovell o siostrach Mitford jest naprawdę świetnie napisana! Na czas lektury miałam ochotę zarzucić wszystkie swoje obowiązki i nawet spotkania towarzyskie, w pracy liczyłam czas od przerwy do przerwy, a moja szefowa dorobiła się nowego zwyczaju zamykania swojego pokoju, żeby tylko nie patrzeć, jak moje przerwy na kawę rozciągają się do nieprzyzwoitych wręcz rozmiarów. Z jednej strony nie ma w tym nic dziwnego, bo Mitfordówny wszystkie po kolei miały nietuzinkowe biografie, ale z drugiej strony autorka miała przed sobą nie lada zadanie przedstawienia czytelnikowi wszystkich sześciu sióstr, a to wydaje mi się wcale nie takie proste. Lovell napisała jednak książkę tak, że czytelnik  się nie pogubił w ogromie postaci, dat i faktów (a jeśli już gdzieś się zaplątał, to zdarzało się to naprawdę rzadko) i zainteresowania nie stracił, i przy tym każda z sióstr jawi się jako osoba z krwi i kości, a nie kilka naszkicowanych kresek.

Mitfordówny miały to szczęście, że urodziły się nie tylko w interesujących czasach, bo przecież cała pierwsza połowa dwudziestego wieku była okresem ciągłych przemian i turbulencji, ale przede wszystkim w fascynującej rodzinie. Nie ma co ukrywać, że pochodzenie z wyższych sfer, nawet jak jest się na wyższo-sferowe standardy dosyć ubogim (Sydney, matka Mitfordówien, zarabiała na ich guwernantki sprzedając jajka), zawsze jest raczej korzystne. Posiadanie w najbliższej rodzinie Winstona Churchilla raczej też. Ale na nic byłoby to wszystko, i pochodzenie, i znajomości, gdyby jednak siostry nie były fascynujące same w sobie.

Najmłodsza z nich, Deborah Devonshire, żyje po dziś dzień. I też pisze, chociaż zaczęła dosyć późno, a jej książki dotyczą najczęściej posiadłości w Chatsworth i mają na ogół tytuły dosyć agrokulturalne, np. All in One Basket: Nest Eggs albo Home to Roost and Other Peckings. Kolejna, Jessica, lepiej znana jako ‚Decca’, zapalona komunistka, która w czasie hiszpańskiej wojny domowej zwiała do Hiszpanii. Zwiała w towarzystwie swojego dosyć odległego kuzyna, Esmonda Romilly, z którym po kilku tygodniach się pobrali (pomimo niechęci ze strony rodziców) i z którym później przeniosła się do Stanów, gdzie była baktywną działaczką ruchu obrony praw człowieka. Również Decca pisała, a swoją karierę rozpoczęła wydaniem wspomnień, Hons and Rebels. Jej największym bestsellerem stała się jednak jej druga książka, The American Way of Death, traktująca o rynku usług pogrzebowych. Od tej pory zajęła się dziennikarstwem interwencyjnym. Warto tu dodać, że Decca wyruszyła do Stanów praktycznie bez grosza, jej mąż też nie należał do zamożnej rodziny, a jej pierwsze prace w Ameryce to była praca w butiku czy w domu towarowym. Dopiero później zrobiła kurs sekretarski i związała się z ruchem praw człowieka – Civil Rights Congress, gdzie poznała swojego drugiego męża (Esmond zginął w czasie wojny, walczył jako pilot Kanadyjskich Sił Zbrojnych) .

Najbardziej kontrowersyjne są jednak postaci kolejnych siósrt: Unity Mitford i Diany Mosley. Obsesja Unity na punkcie Hitlera była mi znana już wcześniej, ale nie zdawałam sobie sprawy z jej ogromu. Unity, poczęta w kanadyjskiej miejscowości Swastyka, gdzie ojciec Mitofrdówien próbował odnaleźć żyłę złota (bezskutecznie), i której na drugię imię dano Walkyria, uczyła się niemieckiego tylko po to, żeby móc jednego dnia porozmawiać z Hitlerem. Tradycyjnie dziewczęta z dobrych domów wyjeżdżały z Anglii w celu formalnego zakończenia edukacji, które do tej pory najczęściej ograniczało się do lekcji w domu. Starsze siostry Mitford spędzały ten czas w Paryżu, Unity natomiast pojechała do Monachium. Dosyć szybko ustaliła, do której kawiarni uczęszcza Hitler i tam zaczęła spędzać wszystkie wolne popołudnia. Po pewnym czasie Hitler zaczął jej się kłaniać na powitanie, aż w końcu zaprosił ją do swojego stolika. Od tej pory Unity widywała się z Hitlerem nawet kilka razy w miesiącu, co biorąc pod uwagę, że był głową państwa i przygotowywał się do wojny, jest imponujące. Bardzo bym chciała zrzucić tę fascynację Hitlerem na młodość i niedojrzałość Unity, nie da się tego jednak zrobić w żaden sposób. Unity była antysemitką, czego potwierdzenie dawała wielokrotnie w listach do pism niemieckich i brytyjskich, jak i w wywiadach. W jednym z listów do sióstr pyszniła się tym, że  starszą Żydówkę objuczoną pakunkami, pytającą o drogę na dworzec, pokierowała w odwrotnym kierunku. W 1939 roku Hitler podarował jej mieszkanie, które wcześniej należało do młodej żydowskiej pary, przy czym Unity musiała wiedzieć, jaki los spotkał tych ludzi. Bardzo też chciałam, żeby jej samobójcza próba na wieść o wybuchu wojny było wyrazem tego, że Unity zdała sobie sprawę z ogromu błędu, jaki popełniła. Nic z tego. Unity twierdziła, że nie była w stanie znieść tego, że jej dwa ukochane kraje, Niemcy i Wielka Brytania są w stanie wojny. I to Hitler zapłacił za jej leczenie i przewóz do Anglii.

Kolejna siostra, Diana Mosley, wyszła za mąż za faszystę, Oswalda Mosley (na ich ślubie był Hitler, który podarował młodej parze swoje zdjęcie z autografem w ramach prezentu ślubnego). W czasie wojny dostała się razem z mężem do więzienia, gdzie spędziła kolejne trzy lata. Po wojnie przeniosła się do Paryża, i, podobnie jak pozostałe siostry, zajęła się pisaniem wspomnień i recenzowaniem książek. Najbardziej spokojna siostra to Pamela, która mieszkała w domku na wsi, jako jedyna z sióstr nie pisała, ani nie była bohaterką żadnych skandali. A najstarsza siostra to właśnie Nancy, o której już pisałam.

Książkę Lovell na początku czyta się jak Małe Kobietki – do czasu jednak. Gdy nadchodzą lata trzydzieste już nie jest tak uroczo. Autorce udaje się nie tylko przedstawić nam siostry Mitford w zwięzły sposób, ale również pokazać tło epoki i to, jak zmieniały się zwyczaje. Cenne jest też to, że Lovell stara się być bardzo obiektywna w opisie sióstr, stosunków między nimi i każdej z osobna. Wciąga w ich świat, który przecież nie kończy się na tej biografii. Jest jeszcze masa listów i książek sióstr do przeczytania, a wśród nich te, które mnie najbardziej interesują, autorstwa Nancy.

nancy and heywood

W latach 1942 – 1945 Nancy Mitford pracowała w księgarni Heywooda Hilla, na, najpierw 17, a potem 10, Curzon Street. Wraz z publikacją In the Pursuit of Love i finansowym sukcesem, mogła wreszcie pozwolić sobie nie tylko na to, żeby żyć tylko z pisania, ale i na wymarzoną przeprowadzkę do Paryża. Po przenosinach Nancy i Heywood prowadzili ożywioną korespondencję, wymieniając się plotkami i zdobyczami książkowymi. Heywood pomagał Nancy w zdobyciu bibliografii do jej książek, kiedy Nancy przerzuciła się na pisanie książek biograficznych, a Nancy pomagała Heywoodowi w zdobywaniu pozycji niedostępnych w Londynie. Listy ich ukazują również kulisy pracy księgarni, z jednej strony trochę specyficznej, ponieważ księgarnia na Curzon Street była miejscem spotkań śmietanki towarzyskiej, a z drugiej ciągle typowej dla tamtego okresu. Księgarni, która miała swoich stałych klientów, do których rozsyłała katalogi, co było typowe: zamawiano wtedy książki na rachunek regulowany raz do roku. Albo rzadziej. Nancy też miała swój rachunek u Heywooda:

22/9/56 Mollie przysłała mi rachunek, który jest najwspanialszym przykładem fikcji, jaką dane mi było czytać… O wielu książkach, które podobno kupiłam, nawet nie słyszałam… „Ludzie” – 2 gwinee. Co za ludzie. Brzmi uroczo.

7/10/56 Fikcja była oczywiście żartem, ale miło by było przy rachunkach starszych niż trzy lata, żeby Mollie napisała, do kogo wysłane zostały te książki.

Bo Nancy zamawiała książki nie tylko dla siebie, ale również dla przyjaciół i znajomych, bliższych i dalszych, nawet dla osób poznanych na wakacjach. Zamawiała też wyprawki biblioteczne jako prezenty ślubne. Lub po prostu pozwalała przyjaciołom przyjść do sklepu i sobie coś wybrać na jej rachunek. 30/03/52 Heywood pisze:

Mrs Hammersley odwiedziła nas w tym tygodniu […] Powiedziała, że ty powiedziałaś, że może sobie wybrać ksiażkę, i czy myślę, że Hugh Walpole byłby za drogi? Powiedziałem NIE, i oboje wydaliśmy z siebie diabelskie chichoty. Następnie spojrzała na Dolly Wilde, i zerkając na mnie, zapytała tym swoim głębokim głosem: „czy może, czy byłaby taka możliwość, żeby dostała od ciebie również to?”. Kiedy powiedziałem tak, ze wstydem spuściliśmy głowy, wiedząc że właśnie połączyła nas nasza zdradziecka działalność. 

Na co Nancy odpisała 01/04/52: Wybaczam ci.*

(A swoją drogą, spójrzcie jak sprawnie działała poczta w tamtych czasach – chociaż Paryż nie tak daleki).

Trochę z westchnieniem czyta się o czasach, w których książka była czymś tak wartościowym i często trudnym do zdobycia. Istniał nawet zawód gońca książkowego, który jeździł po całym kraju w poszukiwaniu książek. A trochę czyta się to z ulgą, że już po całym kraju nie trzeba jeździć, że tyle książek jest na wyciągnięcie ręki, lub, ekhm, kursora.

Listy Nancy i Heywooda są też pełne plotek i anegdot. Niektóre może mało zrozumiałe dla współczesnego czytelnika, inne powodujące głośne wybuchy śmiechu. I pozostaje jedynie żałować, że jest to właściwie tylko wybór listów (edytor nie chciał duplikować tych listów, które wydane zostały w antologii Love from Nancy), a czasami wręcz tylko fragmenty. Bo czyta się je z ogromną przyjemnością i nie miałabym naprawdę nic przeciwko, żeby przeczytać je w całości.

Księgarnia funkcjonuje do dziś, jest uroczo angielska w środku, chociaż może nieco onieśmielająca (ubrania ksiągarza wyglądają jakby kosztowały conajmniej moją miesięczną pensję). Znajdują się tutaj książki nowe, cała Mitford (i jej siostrs), oraz książki antykwaryczne. Księgarnia proponuje też różnego rodzaju usługi, na wzór dawnych lat można otworzyć sobie tutaj rachunek i zamawiać książki z katalogu. Ma też w swojej ofercie usługę, którą można by luźno przetłumaczyć jako „Książka dla dziecka”, czyli bliski naszemu sercu maluch dostaje jedną książkę miesięcznie. Aż żałuję, że nie mam jakiegoś angielskiego chrześniaka. Możemy też zamówić skompletowanie biblioteczki na dowolny temat, czy to będzie ogrodnictwo, czy wędkarstwo, z katalogiem zebranych książek i wstępem do katalogu napisanym przez specjalistę z danej dziedziny.

A tak wygląda front księgarni:

księgarnia na 10 curzon street

I jest oczywiście niebieska plakietka, a pod nią potwierdzenie, że dostarczają książki Jej Królewskiej Mości:

niebieska plakietka

*cytaty pochodzą z książki The Bookshop at 10 Curzon Street. Letters between Nancy Mitford and Heywood Hill 1952-73. Edited by John Saumarez Smith. Tłumaczenie moje.

miód z łyżką dziegciu

„He was the great love of her life, you know.” „Oh, dulling,” said my mother, sadly. „One always thinks that. Every, every time.”

Nancy Mitford, The Pursuit of Love.

Popadam powoli w obsesję. Na punkcie Nancy Mitford. Podobno to normalne, albo się Nancy ubóstwia pasjami, albo szczerze i do głębi nie znosi. Dla mnie już nie ma ratunku, chociaż pierwsze przeczytane przeze mnie książki wcale tego nie zapowiadały. Ot, miła rozrywka, ale żeby od rzu takie szaleństwo?

The Pursuit of Love to czwarta książka Nancy Mitford, i mimo że poprzednim jej powieściom udało się zdobyć spory rozgłos, to dopiero ten tytuł tak naprawdę ustalił pozycję Nancy i pozwolił jej się finansowo uniezależnić (Nancy pochodziła z arystokratycznej, ale niezamożnej rodziny). Historia jest opowiedziana przez narratorkę Fanny, nie tyle uczestniczkę, co obserwatorkę wydarzeń, bo zawsze stoi jakby z boku. Jest to opowieść o dojrzewaniu, i tak, tak, o pogoni za miłością. Główni bohaterowie książki, wujek Matthew, ciotka Sadie, Linda i jej pozostałe rodzeństwo, (the Radletts) są wzorowani na rodzinie Mitfordów (oni jednak zasługują na oddzielny notkę!) i będą pojawiać się w jej następnych książkach.

Pisarstwo Nancy Mitford jest na wskroś angielskie, nie tylko dlatego, że zdarzenia osadzone są (głównie) na angielskiej prowincji i w angielskim domu, który doskonale potrafię sobie wyobrazić, razem z opisanymi problemami z ogrzewaniem i ze schowkiem na bieliznę, który był najcieplejszym pomieszczeniem w domu i miejscem spotkań rodzeństwa (chociaż pomieszczenie to może za dużo powiedziane, mimo że cała szóstka się jakoś mieściła). Tam to prowadzili spotkania swojego klubu, tam marzyli o… miłości, oczywiście, jak i prowadzili dyskusje o tym,  za co został skazany Oscar Wilde, i tam czytali podręcznik do hodowli kaczek w celu… edukacji seksualnej (jak i inne, lżejszej natury dzieła, w tym samym celu oczywiście). Książki Nancy są na wskroś angielskie, nie tylko dlatego że zewsząd wylewa się z nich angielski humor, ale myślę, że przede wszystkim dlatego, że do angielskości Nancy podchodzi z nutką krytycyzmu. Jej postaci mogłyby się wydawać nieco karykaturalne, ale Mitford sprawia, że, pomimo pewnych przerysowań, jej postaci pozostają żywe, są z krwi i kości.

W ramach dygresji dodam, że rok po ukazaniu się książki, już po zakończeniu wojny, autorka przeprowadzi się do Paryża, już na zawsze; co prawda nie tylko w ucieczce przed Anglią, ale bardziej w pogoni za kochankiem, Gastonem Pawlewskim, polskiego pochodzenia doradcą de Gaull’a. To jemu książka jest dedykowana, i to po romansie z nim powstała. Nieco nieszczęśliwym romansie, stąd ta odrobina dziegciu. Gaston nie dość, że był żonaty, to jeszcze był z niego niezły flirciarz i uwodziciel. A Nancy pozostała mu wierna, aż do swojej śmierci, chociaż wszyscy się zastanawiali, co ona w nim widzi (zapomniałam dodać, że nie był zbyt urodziwy).

The Pursuit of Love to właśnie nie tylko lekka komedyjka, chociaż można czytać ją też tylko w ten sposób. Pomimo przepełniającego ją humoru, nie jest to historia o miłości w stylu współczesnych komedii romantycznych. Bo uczucia są nieco bardziej skomplikowane, a już na pewno bardziej niż sobie to wyobrażamy, kiedy jesteśmy dziećmi. Miłość, to nie tylko miód i słodycz, ale zna też inne przyprawy. Narratorka jednak opisuje to z niezwykłym stoicyzmem, który niezwykle mi imponował. Fascynujące dla mnie było również tło. Na początku mamy beztroskę Anglii lat dwudziestych, ale w dalszej części opowieści tłem są ciemniejsze strony historii: wojna domowa w Hiszpanii i druga wojna światowa. To, dla polskiego czytelnika, spojrzenie na historię z trochę innej perspektywy. Jendak i tu nie obejdzie się bez odrobiny humoru, kiedy wujek Matthew zatrudnia wszystkich domowników do budowania okopów do obrony przed wojskami niemieckimi i nakazuje zniszczenie wszystkich zapasów, bo najbardziej nie może znieść myśli, że wrogie wojska mogłyby dobrze się najeść.

Jak dla mnie – Nancy Mitford w szczytowej formie. Aż chce się więcej.

Na koniec moje ulubione zdjęcie Nancy, zrobione przez Bassano, które znajduje się w National Portrait Gallery w Londynie.

Nancy by Bassano