o czytaniu w obcym języku

Czytanie w obcym języku jest czytaniem wymagającym, i nie chodzi mi tutaj tylko o wiedzę, znajomość słów i gramatyki, ale przede wszystkim o skupienie, pewną uważność czytelniczą. Lektura książek obcojęzycznych to, szczególnie na początku, lektura powolna, wymagająca od nas więcej czasu, a czas, nawet jeśli się nie ścigamy na przeczytane książki, jest towarem deficytowym. Ale to właśnie dlatego warto jest czytać w obcym języku, bo taka lektura nie tylko zbliża nas do nowych kultur i daje dostęp do wielu opowieści, do których inaczej dostępu byśmy nie mieli, ale uczy nas ona przede wszystkim uważności. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że dzięki czytaniu po angielsku dzisiaj jestem lepszą czytelniczką niż byłam wczoraj.

Po angielsku czytałam jeszcze przed wyprowadzką z kraju, a moje pierwsze lektury były proste, z łatwą do śledzenia fabułą, jak chociażby wspomniany przeze mnie już wcześniej John Grisham. Pamiętam swoje pierwsze lektury londyńskie: rozczarowanie Tracy Chevalier, zachwyt Kunderą, lekturę Murakamiego w zatłoczonej kolejce miejskiej. Pamiętam swoje pierwsze podejścia do ambitniejszych książek: Portret artysty w czasach młodości Joyce’a (co imponowało wszystkim, a ja nie przyznawałam się, ile z niego nie rozumiem), eseje Kundery, pierwszą Iris Murdoch.

Pamiętam, ile skupienia wymagały ode mnie te książki, a zdania skrywały tajemnice, bo każde z nich mogło zakończyć się zupełnie inaczej niż przewidywałam, znaczyć zupełnie co innego niż podpowiadał mi ich początek. Nie tak, jak przy czytaniu po polsku, kiedy wszystko jest bliskie, znajome, a struktura zdania przewidywalna. Podobnie było z polskimi i angielskimi księgarniami: polskie książki i rynek wydawniczy znałam niemalże organicznie, angielskie były mi nieznanym lądem, bo przecież pomimo postępującej globalizacji i szerzącego się anglocentryzmu to, co dociera do nas, to wierzchołek góry lodowej.

Z czasem oswoiłam i angielskie książki; stały mi się one bliskie, a zdania powoli straciły umiejętność zaskakiwania; zaczęłam też zauważać rzeczy wcześniej dla mnie niedostrzegalne. Tak, przynosi to ogromną satysfakcję, nawet jeśli teraz dochodzę do wniosku, że powinnam sobie powtórzyć wiele z przeczytanych kiedyś książek. Ale to jest chyba kolejna rzecz, której nauczyło mnie czytanie po angielsku: ‚nieperfekcyjności’ i popełniania błędów, bo gdyby nie te pierwsze, nie do końca zrozumiane, książki, nie byłabym w stanie czytać i rozumieć tego, co czytam i rozumiem dzisiaj.

Być może też dla przygody ciągnie mnie do trzeciego języka, chociaż więcej jest tu prostego umiłowania Włoch. Ale czytanie po włosku przypomina mi przede wszystkim o czytaniu uważnym. Czytam wolno nie dlatego, że posiłkuję się słownikiem, bo go zawsze odstawiam przy lekturze książek. Czytam wolno, bo tego wymagają ode mnie słowa, nie zawsze automatycznie przywołujące właściwie znaczenie. Czytam wolno, bo nieraz muszę przeczytać dany fragment dwa razy, i nie szkoda mi na te powtórki czasu. Nauczyło mnie to też powtórnego czytania w angielskich i polskich książkach, kiedy wracam do wczorajszej lektury, cofam się stronę lub dwie, i w takim czytaniu odnajduję o wiele więcej przyjemności.

Pavese

Pamiętam swoje pierwsze wyprawy do obcych księgarni, a były to księgarnie amerykańskie, nie angielskie, co może dodatkowo zwiększało poczucie obcości. Tam wszystko wydawało się nieznane, a książki wtedy kupowałam bardziej na chybił trafił i do dziś nie przeczytałam części z nich (i podejrzewam, że już nie przeczytam). Teraz, kiedy wchodzę do angielskiej czy amerykańskiej księgarni, wiem czego szukam, chociaż nie oznacza to wcale, że nie przytrafiają mi się odkrycia, bo księgarnia nie przestała być dla mnie jaskinią Aladyna tylko dlatego, że mam jej mapę; nie wyniosłam z niej też jeszcze wszystkich skarbów.

Nowym światem natomiast stają się dla mnie włoskie księgarnie, które zwiedzam z taką samą pasją jak tamtejsze muzea, przeglądając nie tylko włoskich autorów, bo o kraju i jego kulturze można też wiele powiedzieć po tym, co się tam tłumaczy. Sprawdzam więc, co wydają poza Murakamim i McEwanem, i czy to, że eseje Józefa Czapskiego wystawione są wśród nowości tuż przy wejściu, to przypadek. Ale nie przyglądam się tylko tłumaczonej literaturze polskiej, chociaż fajnie jest wiedzieć, że Czapskiego cenią we Włoszech. Sprawdzam, co wydają z literatury japońskiej, a wydają dużo, łatwiej jest się więc w niej rozeznać, bo Włosi lubią nie tylko Bananę Yoshimoto, o której u nas się już zapomniało, a której książki we Włoszech wydawane są regularnie, a Kuchnia utrzymuje się wśród bestsellerów. Lubią też literaturę skandynawską, wcale nie ograniczając się do kryminałów; Skandynawów chyba lubią tak jak my Czechów. Przyglądam się też temu, co polecają księgarze, bo to przecież polecenia są najlepszym sposobem na poznanie dobrych książek. Przed ekspozycją składającą się z alternatywnych nominacji do Premio Strega spędziłam przeszło godzinę, a z księgarni wyszłam ze stertą notatek, czując się jak odkrywca nieznanych lądów.

dlaczego mi szkoda empiku

Wiem, że to kontrowersyjnie zabrzmi, ale jest mi szkoda Empiku. Tak, doszły mnie słuchy o tym, jak źle traktowali pracowników. Tak, czytałam o pracy w Empiku, i wierzcie mi, kiedy mówię że znam to z autopsji (z małą różnicą, że ja nie musiałam swoich towarów kupować). Tak, słyszałam o tym, jak Empik źle traktował wydawców, jak wyciągał od nich kasę za „promocje” i ile zalegał im ze zapłatami za książki. Tak, wiem że w Empiku łatwiej o kupno fajnego kubka niż dobrej literatury. Ale mimo to jest mi szkoda Empiku.

Jest mi szkoda Empiku trochę z powodów sentymentalnych, bo jest mi szkoda miejsca, w którym można było spotkać się i porozmawiać o książkach. Tak, wiem, Empik już dawno takim miejscem nie był, dlatego też piszę w czasie teraźniejszym. Bo jest mi szkoda tego Empiku, co go miałam pod domem na placu Wilsona, może nie tego, w którym podawało się książki zza lady (a to jeszcze pamiętam), ale tego, w którym schodziło się na dół po schodkach, w którym były zielone fotele, gazety, nie pamiętam tylko czy coś było za barem. Brakuje mi nie tego Empiku, do którego chodzi się po foremki do pierniczków, ale tego, w którym kupowałam książki przyrodnicze (kiedyś chciałam zostać leśnikiem), i tego, w którym kupiłam swoją pierwszą książkę Huellego. Tego, do którego chodziłam na wagary.

Jest mi szkoda Empiku tak jak każdego upadającego sklepu. Mam zbyt wielu znajomych, którzy przez to przeszli, żeby mówić że cieszę się na problemy Empiku: zamknięto księgarnię, w której pracowałam przez trzy lata, i chociaż mnie samej udało się odejść na pół roku przed ogłoszeniem jej upadłości, to przecież tam poznałam większość swoich londyńskich przyjaciół, a nie wszystkim udało się znaleźć nową pracę „na czas”. Poradzili sobie, a jakże, w sumie dobrze na tym wyszli, ale tak jak się na ogół wychodzi na zmianie pracy. Zmieniliby ją pewnie prędzej czy później, szkoda jednak że nie mogli zrobić tego na swoich warunkach, i że musieli przejść przez to wszystko, co wiąże się z upadłością, zamykaniem sklepu, wyprzedażą towaru i z tą niepewnością: co dalej?

Jest mi szkoda Empiku, bo właśnie zadaję sobie pytanie: co dalej? i odpowiedź jaką na nie znajduję nie napawa mnie optymizmem. Widziałam, co pojawiło się na miejsce księgarni, w której kiedyś pracowałam: TKMaxx się pojawił, jakbyście byli ciekawi. Owszem, kiedy pracowałam w Bordersie wszyscy żeśmy zazdrośnie patrzyli na Foylesa, nie tylko dlatego, że zamykał się godzinę wcześniej. Ale teraz, jak przechodzę pod oknami sklepu z ubraniami, to dopiero to jest widok nie do zniesienia, i wiem, że jest on nie do zniesienia również dla tych, którzy swojej pracy nienawidzili. Jeżeli ktoś myśli, że teraz rynek książki się zmieni na lepsze, albo uważa że ci, którzy do upadłości Empiku doprowadzili, poczują się odpowiedzialni, albo przynajmniej spojrzą wstecz i dostrzegą, jakie błędy popełnili, że może nie powinni sprzedawać żelkowych bukietów tylko książki, to ten ktoś wykazuje się naiwnością. Ludzie z zarządu Empiku sobie dobrze poradzą, i jeżeli w ogóle Empik upadnie, to przeniosą swoje praktyki na inne miejsca, na inne firmy.

Mam wrażenie, że niektórzy nie mogą się doczekać zamknięcia się sieci Empik, jakby to miało spowodować poprawę rynku książki. Ale on się sam nie naprawi, do tego potrzeba czegoś więcej. Teraz mamy do obwiniania Empik, ale co i kogo będziemy obwiniać za dwa lata? Przecież za sytuację na rynku odpowiedzialne są również wydawnictwa! Na pewno nie wszystkie, ale są i takie, w których naczelni wypłacają sobie bajońskie sumy, a kiedy wydawnictwo przechodzi trudności, zwolnią pracownika, który zarabia 1/20 tego, co oni. W sumie nic nowego, tak się robi w wielu firmach, prawda?

Jest mi szkoda Empiku, bo to co dzieje się z nim, może się po prostu okazać trendem. Boję się, bo już taki trend widziałam: na londyńskiej Charing Cross Road ostały się może trzy, cztery księgarnie, a kiedyś to była ulica pełna książek. W Anglii ostała się jedna sieć księgarni, Waterstones, a i oni mieli spore kłopoty, z których wybawił ich dopiero rosyjski magnat, Aleksander Mamut. Siecią co prawda kieruje James Daunt, ten od Daunt Books, co wpłynęło raczej pozytywnie na wygląd księgarni (pracownicy przestali na przykład nosić czarne koszule, i mogą „występować” w swoich ubraniach), podobno też dobrze wpłynęło i na zawartość półek, chociaż ja na dostęp tytułów w „swoim” Waterstonesie nigdy nie narzekałam, ale mój jest przy-uniwersytecki, więc przez to specyficzny. Ale pytanie, jak długo będą sobie radzić? Przecież cały czas notują milionowe straty. Przecież rosyjski magnat nie po to kupił księgarnię, żeby do interesu dokładać, tak jak dokłada Christopher Foyle. Rzecz w tym, że my nie mamy co liczyć ani na rosyjskiego magnata (a swoją drogą, to byłby bardzo ciekawy obrazek!) ani na zapaleńców w stylu Jamesa Daunta, którzy z księgarni robią księgarnie (ci, co byli w księgarni Daunts na Marylebone High Road, wiedzą o czym mówię).

Boję się wizji Kalicińskiej, w której razem z upadkiem Empiku spadnie dostęp do literatury pięknej, bo książki będą sprzedawane tylko w supermarketach, a że supermarkety kierują się tylko i wyłącznie sprzedażą, wiadomo, będą sprzedawać tylko i wyłącznie literaturę popularną i lektury szkolne (tylko nie rozumiem czemu Kalicińską ta wizja martwi…). Niby Empik był już takim supermarketem od dawna, ale parę razy udało mi się znaleźć książkę, której szukałam, a nie było jej nigdzie indziej (i spotkałam się wtedy z bardzo miłą obsługą!). Ale boję się, że spadnie dostęp do książek w ogóle. Nie, nie pobiegnę teraz robić zakupów w Empiku; szczęśliwie pochodzę z dużego miasta i mogę wybierać, gdzie kupuję książki. Co mają jednak zrobić ci, którzy takiego luksusu nie mają? Czy ktoś dostrzeże że problem z rynkiem książki w Polsce to problem większy niż Empik? Że to problem z ceną książek, z dostępem do nich, szczególnie tych „z wyższej półki”, które dosyć często wydawane są przez małe, niszowe wydawnictwa? Czy wszystko się musi przenieść do internetu? I nie, nie chodzi o ten zapach książek, chodzi o to, że naprawdę nie ma lepszego miejsca na szukanie nowych, ciekawych tytułów niż dobra księgarnia. Dlatego mi szkoda Empiku, bo mógłby być właśnie takim miejscem.

po co kupuję książki?

Nigdy wcześniej nie zadawałam sobie tego pytania. Bo czy wszystko musi być po coś? Odkąd zaczęłam mieć swoje pieniąde, po prostu kupowałam i wypełniałam książkami kolejne półki; nie ważne było jak mało tych pieniędzy było, zawsze musiało starczyć i na jedzenie, i na książkę. Może nigdy nie zdarzyło mi się niedojadać z powodu kupionej książki, bo zawsze sobie jakoś radziłam; chociaż myślę, że były miesiące, w których zdarzyło mi się zjeść więcej kanapek niż ciepłych obiadów, bo przecholowałam z ilością kupionych książek, ale dużej szkody przy tym nie było.

Nigdy też nie przejmowałam się tym, że kupuję więcej niż czytam, bo zawsze towarzyszył mi strach, że zabraknie mi książek do czytania. Strach irracjonalny, bo przecież wiem, że nie zdążę przeczytać wszystkich książek, które bym chciała. Wiem również, że nawet jakby mnie zamknięto w domu na pół roku, ba! nawet na rok, i nie robiłabym nic innego poza czytaniem, to pewnie nie przerobiłabym wszystkich książek, które mam, a są nieprzeczytane.

Nigdy też nie przejmowałam się tym, że kupuję książki dla samej przyjemności wypełniania nimi półek, chociaż może i jest to płytka przyjemność posiadania. Myślałam o sobie jak o kolekcjonerze, co zamiast obrazów, kolekcjonuje książki i zapełnia nimi ściany. Cóż, książka jest przedmiotem; konkretny egzemplarz niesie ze sobą nie tylko treść, nie tylko swoją opowieść, ale też przypomina konkretny moment mojego życia. Chociaż wydaje się to trudne, bo mam naprawdę setki książek, to dokładnie pamiętam skąd większość z nich mam, którą gdzie kupiłam, co mną motywowało przy zakupie, w jakich okolicznościach ją przeczytałam, od kogo dostałam. A co najważniejsze, pamiętam, co przy ich kupowaniu czułam, jakie miałam pragnienia i nadzieje. Pamiętam jak po skończonej pracy w księgarni jechałam w windzie z ogromnym zielonym tomem dzienników Sylvi Plath, pamiętam żarty z kolegami i jak bardzo się wtedy cieszyłam, że coś tak fajnego udało mi się zdobyć! Pamiętam jak koleżnka podrzucała mi recenzenckie egzemplarze Žižka, w tym samym okresie skupywałam Theodora Adorno i innych filozofów, święcie przekonana, że to kiedyś przeczytam. Dzięki temu mam całą półkę książek, w których przebrnęłam jedynie przez wstęp. Ale stoją, czekają na swój czas.

Im więcej jednak tych książek mam, tym częściej znajduję wśród nich takie, których nigdy nie przeczytam, i wiem to już teraz na pewno, bo straciłam nimi zainteresowanie. Są wśród nich też takie, do których nigdy nie wrócę, nawet się nie łudzę, bo po prostu nie chcę, ich lektura mnie rozczarowała, albo interesują mnie teraz nieco inne rzeczy. Więc kiedy tego lata naprawdę zaczęło mi brakować miejsca na kolejne książki, i kiedy uświadomiłam sobie, że przez ostatnie trzy lata liczba moich książek się podwoiła, bo po raz pierwszy w życiu nie musiałam się ograniczać i kupowałam niemalże wszystko, co chciałam (a trzy lata temu miałam siedemnaście kartonów z książkami, to ile mam ich teraz?), to zaczęłam się zastanawiać: po co kupuję książki? Zaczęłam kupować ich nieco mniej, co z kolei sprawiło, że kupowanie kolejnych książek zaczęło mi sprawiać więcej przyjemności. Być może już się wystarczająco zachłysnęłam możliwością posiadania książek, a być może wyrabia mi się gust literacki, ale podchodzę bardziej krytycznie do zakupów w księgarniach.

Mam ochotę wrócić do robienia list: kiedyś, gdy nie mogłam od razu kupić sobie wszystkich książek, co chciałm, robiłam listy, i często odkrywałam, że książek zapisanych kilka miesięcy temu już nie chcę. Być może dlatego, książki kupione przed kilkoma laty mają dla mnie więcej znaczenia, i mniej jest wśród nich tych, których wiem, że nie przeczytam? Tylko szkoda mi takich momentów, w których przy lekturze książki Diany Athil Stet, którą kupiłam właśnie gdzieś spontanicznie w antykwariacie, i w której Athil wspomina autorów, z którymi współpracowała, i natrafiam na zachwyty nad książką Briana Moore’a The Lonely Passion of Judith Hearne i mogę po tę książkę zaraz sięgnąć, gdyż leży tuż obok, na półce, kupiona spontanicznie, pod wpływem notki Czytanki Anki, parę lat temu.

I dochodzę do wniosku, że to może właśnie dla takich sytuacji kupuję książki? A o tym, co zrobię, jak się spakuję, kiedy przyjdzie mi się przeprowadzić, pomyślę… kiedy przyjdzie mi się przeprowadzić!

 półka