samotność w wielkim mieście

Olivia Laing pisze, że samotność bywa bardziej wstydliwa od depresji. I ma rację, bo kiedy czytałam jej książkę The Lonely City w środkach komunikacji miejskiej, robiłam to z pewnym zażenowaniem; przecież ktoś ze współpasażerów może pomyśleć, że czytam ją, bo czuję się samotna. A czy jest ktoś, kto nigdy nie czuł się samotny? I nie chodzi tutaj o samotność, którą Anglicy nazywają „solitude”, samotność pełną wyciszenia i spokoju, tylko o taką samotność, która sprawia, że co wieczór płaczesz do snu. I chyba nigdzie bardziej dotkliwie nie odczuwa się tej samotności niż w wielomilionowym mieście. Takim jak Nowy Jork.

the lonely city

W Nowym Jorku Laing miała zamieszkać z chłopakiem; kiedy on tuż przed przeprowadzką zmienił plany, ona pomimo tego spakowała walizkę i zamieszkała na Brooklynie. Być może, gdyby została w Anglii wśród przyjaciół, poczucie odrzucenia nie byłoby takie przytłaczające, a samotność tak przerażająca. i o tym właśnie pisze w The Lonely City w szczery i poruszający sposób. Przyznam się, że to właśnie opisów jej stanu wyalienowania obawiałam się najbardziej, tak jak nieraz obawiamy się, że ktoś nam opowie o sobie odrobinę za dużo, a my nie będziemy wiedzieli, co z tym zrobić i jak na to odpowiedzieć. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie, jej wyznania nie przytłaczały, ani nie przysłaniały pozostałych bohaterów książki.

Olivia Laing jest autorką, która mierzy się z osobistymi tematami poprzez rozpracowanie tych tematów w życiu innych ludzi; w swojej poprzedniej książce, The Trip to Echo Spring, poświęconej mitowi alkoholizmu i kreatywności na przykładzie amerykańskich pisarzy Fitzgeralda, Hemingwaya, Tennessee Williamsa, Johna Berrymana, Johna Cheevera i Raymonda Carvera, zmierzyła się ze swoją własną przeszłością i dorastaniem z matką z problemem alkoholowym. Podobnie w swojej najnowszej książce, autorka ‚przepracowuje’ swoją samotność podążając śladami artystów, którzy w Nowym Jorku mieszkali, a samotność, nieraz samotność pomimo tłumu adoratorów, miała wpływ na ich sztukę.

Tak też Laing w Nowym Jorku towarzyszyli artyści. Kiedy zajmowała kawalerkę na  Brooklyn Heights był to Edward Hopper, gdy przeniosła się do East Village Andy Warhol i Valerie Solanas, a kiedy zamieszkała w rozświetlonych okolicach Times Square David Wojnarowicz. Pisarce towarzyszą też inne postaci, między innymi Henry Darger, Klaus Nomi, Peter Hujar, a czasami to, paradoksalnie, samotność osób związanych z artystami jest bardziej przytłaczająca, jak w przypadku żony Edwarda Hoppera, Josephine, czy Valerie Solanas. Ale wszyscy oni jednakowo zmagają się ze swoją przeszłością i odmiennością, która jeszcze bardziej izoluje ich od społeczeństwa; z początku tylko poprzez niemożliwą do zaakceptowania odmienność seksualną, później, alienację spowodowaną rozprzestrzeniającą się epidemią AIDS. We wszystkich tych partiach, opisujących problemy innych, Laing również udowadnia, że potrafi pisać; widać nie tylko porządne przygotowanie się do tematu, ale przede wszystkim zrozumienie i empatię.

Najlepsze są jednak ostatnie akapity tej książki, kiedy autorka mówi o rozprzestrzeniającej się gentryfikacji emocji, która ma na nas podobny wpływ jak gentryfikacja miast: homgenizujący, wybielący i wyniszczający. Późny kapitalizm wpoił w nas przekonanie, że wszystkie trudne uczucia, takie jak depresja czy samotność, to po prostu konsekwencja niepożądanych chemicznych reakcji, a nie odpowiedź na niesprawiedliwość społeczną. Jak więc sobie poradzić z samotnością? Odpowiedź na to pytanie chyba każdy musi znaleźć sam, ale myślę że warto jej poszukać w książce Laing.

Reklamy