Jerozolima roku ’45

Jerozolima roku 1945. Niedawno osierocony Felix Latimer zajeżdża do pensjonatu panny Bohun, dalekiej, a właściwie przypisywanej, krewnej. Towarzyszy mu zamieć śnieżna, i jest to jego pierwszy w życiu śnieg. No, może nie pierwszy, ale tego, co widział w Anglii, nie pamięta. Felix ma naście lat, dokładnie nie wiadomo ile, ale dosyć blisko mu do matury, emocjonalnie (i, jak twierdzi jego nauczyciel, intelektualnie) bliżej mu jednak do dziesięciolatka. Wojnę spędził w towarzystwie beztroskiej i infantylnej matki, którą chłopiec kochał miłością bezkrytyczną. Nawet śmierć ojca w odmętach wojny nie zdołała zakłócić idylli matki i syna; dopiero kiedy Felix zostanie sam, przyjdzie mu zmierzyć się z rzeczywistością.

Po części School for Love Olivii Manning to powieść inicjacyjna. Ale po części tylko, bo jest w tej książce coś więcej jeszcze. Nie, nie ma romansu, ale tytuł jednak nie oszukuje, bo pensjonat pani Bohun i jego mieszkańcy, starszy pan Jewel, niewiele starsza od Felixa, a już owdowiała, pani Ellis, syjamska kotka Faro, okażą się dla chłopca szkołą miłości. Obędzie się jednak bez taniego sentymentalizmu.

Jest to też opowieść o ludziach, chciałoby się powiedzieć, bezdomnych, chociaż Anglicy mają na to ładne określenie displaced persons; dziś my pewnie po prostu nazwalibyśmy ich uchodźcami. Jerozolima, swoisty bohater tej powieści, wypełniona jest nie tylko brytyjczykami, czekającymi na koniec wojny, aby wreszcie  powrócić do domu (transport pasażerski był wtedy niedostępny dla cywilów). Po ulicach miasta i w jerozolimskich kawiarniach przesiadują uchodźcy z Polski, Austrii, Niemiec i innych krajów ogarniętych wojną. Jest też Jerozolima pełna tubylców, życie kawiarniane i wojenne kłopoty, brak żywności i wysokie ceny na czarnym rynku. Manning zna to wszystko z autopsji, bo wybuch drugiej wojny światowej zastał ją i jej męża w Rumunii, z której para uciekła najpierw do Grecji, potem do Jerozolimy.

Nie będę ujawniała więcej szczegółów samej fabuły, bo nie streszczeniami ale wrażeniami lubię się dzielić; wolę zostawiać przyjemność odkrywania historii przyszłym czytelnikom czy czytelniczkom, którzy, pomimo tego że Manning nie wydano po polsku, może się tu znajdą (jej książki są dostępne na allegro i nie wszystkie są po sto złotych). Poza tym najbardziej u Manning urzekł mnie jej styl, dzięki któremu, pomimo osadzenia opowieści w tak egzotycznym klimacie, pozostaje ona angielska. Ten styl polega na umiejętnym zachowaniu dystansu, i do swoich bohaterów, i do opowiadanej historii. Ten brytyjski dystans jest widoczny również w zachowaniu postaci. Śmiem wręcz twierdzić, że gdyby mieszkańcy pensjonatu pochodzili z innego kraju, nie byliby w stanie traktować skąpstwa i dwulicowości panny Bohun z takim pobłażaniem, ba, z dystansem takim, i takim humorem, przez dłużej niż jeden dzień.

Po raz kolejny seria NYRB nie zawiodła. Podobała mi się Manning, podobała mi się jej wyzuta z sentymentalizmu opowieść, i to, jak nic w narracji tej książki nie było oczywiste. Podobali mi się jej bohaterowie, i podobała narysowana przez Manning Jerozolima. Cieszę się, że mam na półce jeszcze jej Trylogię bałkańską, mam nadzieję że niedługo dostarczy mi tyle samo czytelniczej przyjemności, co School for Love.

Processed with VSCOcam with a6 preset

A tak na marginesie, niedawno odkryłam że Martin Scorses razem z Davidem Tedeschim wyreżyserował  film dokumentalny poświęcony historii The New York Review of Books. Co prawda dotyczy on pisma, a nie wydawnictwa, ale i tak zapowiada się interesująco i mam ochotę obejrzeć:

Reklamy