czytanie biegiem

Było bardzo wcześnie, słońce już wstało, ale wciąż można było oglądać tę dziką, przenikliwą żółć, której tak do końca oglądać się nie da. O wiele bardziej lubię żółć przypieczoną, która pojawia się o zmierzchu, ale nie tę z ostatnich chwil przed zanurkowaniem słońca w morzu; wtedy to już jest żółć umykająca w prawie czerwoną pomarańcz. To jest wcześniej. Przypieczona żółć to kolor, który pojawia się błyskawicznie na bardzo krótką chwilę i jeśli ktoś chce sobie uświadomić, że to się stało, nie ma na to zbyt dużo czasu.

str. 36

Słońce w Luandzie zaczyna prażyć bardzo wcześnie, zwykle wstaje przed szóstą rano. Pół godziny później już pali skórę, ciało zaczyna się powoli pocić, a Sowieci robią sie czerwoni jak langusty, kiedy się je wrzuca do osolonego wrzątku.

str. 60

W oddalii, na plaży, jakieś światełko zapłonęło i zaraz zgasło. Może to był ognik Starego Rybaka, który zapalał właśnie fajkę albo swoje plażowe ognisko. W sumie myśl jest właśnie jak takie przelotne światełko – nie trwa ani chwili.

str. 186

Ondjaki, Babcia 19 i sowiecki sekret.

Po ostatniej lekturze doszłam do wniosku, że książki Karakteru śmiało można kupować w ciemno, tak jak kiedyś można było kupować książki Czarnego (teraz już nie, teraz już należy przeczytać ostatnią stronę okładki, i jeszcze najlepiej kilka wyrywkowych akapitów).  Ale książki Karakteru jak najbardziej tak. Ich ostatnia, Babcia 19 i sowiecki sekret, klimatem nieco przypomina Jutro skończę dwadzieścia lat Mabanckou. Klimatem właśnie, rozżarzonym żółtym słońcem i tym, że jest to swojego rodzaju powieść inicjacyjna. Jak również tym, że opowieść ta otwiera czytelnika na historię mu raczej nie znaną, oddaloną może nie tak bardzo w czasie, jak na mapie.

Opowieść Ondjakiego to też taki angolski Weiser Dawidek, pełen tajemnic i fajerwerków. Opowieść o dorastaniu, o angolskiej wojnie domowej widzianej oczami chłopca z Praia do Bispo. Opowieść pełna tajemnic, ale i energii, kolorów. Opowieść pełna życia. Opowieść, która porywa czytelnika, tak jak Piana Morska porwał ptaki z placu budowy mauzoleum. Opowieść niby opowiedziana przez chłopca, ale pełna głębi i mądrości, bo chłopiec czasami więcej widzi i rozumie niż dorosły. Opowieść przekazana nam specyficznym językiem, potęgującym wrażenie wielobarwności w książce, bo jest to język nie tylko dziecięcy, ale pełen też naleciałości, chociażby „kubańskiego” doktora Rafaela Puk Puk i rosyjskiego Towarzysza Brywieczerowa. Duże brawa należą się tu tłumaczowi Michałowi Lipszycowi, że tak świetnie oddał wielowymiarowość języka. To też dzięki niemu przez powieść się po prostu biegnie, i jest to bieg dziecięcy, bez utraty tchu, bo przecież dzieci biegnąc nigdy się nie męczą. Czytając, biegnie się szybko i co najwyżej żałuje, że jednak nieco za szybko ten bieg się skończył.

ondjaki

Reklamy