ratując agnes

Pomimo tego, że jestem osobą, która czasami ma problem z ogarnięciem rzeczywistości, i która żyje bardziej w swoim świecie niż w tym materialnym wokół mnie (a praca w bibliotece temu sprzyja), to lubię jak właśnie książki mi o rzeczywistości przypominają i od niej nie uciekają. Właśnie też za to cenię sobie Rachel Cusk, która zdaje się z rzeczywistością nie mieć żadnych problemów, a przed jej szarościami i problemami nie rzuca się w wir iluzji i fantazji. Fantazję pozostawia jedynie swoim rozbujałym zdaniom i piętrzącym się metaforom, które jednym przeszkadzają, innym mniej, a jeszcze inni (w tym właśnie ja) je w ogóle bardzo lubią.

Saving Agnes nie dostarczyła obiecanych na okładce gromkich wybuchów śmiechu, co nie oznacza, że rozczarowała. Książce nie brakowało humoru, był to jednak humor pozwalający na bezpieczne czytanie w miejscach publicznych. W czasie lektury porównywałam trochę Rachel Cusk do Margaret Drabble: obie panie piszą o rzeczach, które dobrze znają, Drabble jednak naprodukowała się tych książek więcej, pisała też z większą częstotliwością, narażając się w ten sposób na powtórzenia i wyczerpanie formy. U Cusk tego nie ma; mam wrażenie, że ona przerabia dany temat i idzie dalej, do drugiego, albo przerabia go jeszcze raz, tylko już nieco inaczej i wydaje mi się, że ma przy tym kolejnym razie już coś więcej do powiedzenia.

Jej pierwsza książka spodoba się osobom, które będą mogły się z bohaterką w jakiś sposób zidentyfikować, chociaż to wcale nie oznacza, że dla pozostałych czytelników lektura będzie nudna i irytująca – wcale nie, szczególnie udana jest druga połowa książki. Bohaterka to Agnes, świeżo upieczona absolwentka Oksfordu, zmagająca się z pierwszą pracą, z pierwszą nieudaną miłość, na siłę szukająca drugiej, tym razem szczęśliwej, dzieląca z przyjaciółmi rozpadający się dom w północnym Londynie. W miarę jak akcja powieści postępuje, postępuje też pęknięcie w ścianie w domu, pod koniec jest na tyle szerokie, że po domu hula wiatr, jeszcze chwila, a będą po nim hulały i listopadowe deszcze. Sytuacja z domem to doskonały przykład metafory Cusk, chociaż Saving Agnes nie piętrzy się aż tak od wybujałych metafor i wyszukanych porównań jak jej późniejsze książki. Jest też o wiele bardziej optymistyczna. Agnes nie tylko akceptuje swoją dorosłość i to, że nie będzie ona wyglądać tak, jak sobie kiedyś wyobrażała, ale ta rzeczywistość okazuje się wcale nie być taka zła. Świat zdaje się sprzyjać Agnes, a dziewczyna zaczyna dostrzegać wokół siebie pełnię możliwości. Optymizm ten zdaje się przechodzić pisarce z wiekiem, bo w jej ostatnich książkach już takiej wizji świata nie odnajdziemy, jedynie podobnie optymistyczny wydźwięk i większa nawet dawkę humor odnalazłam w równie wczesnym Życiem na wsi (wydanej teraz przez Czarne). Debiut Cusk może nie jest powieścią wybitną, ale potwierdza, że mamy doczynienia z niezłą i rozwijającą się pisarką.

saving agnes

niepokojąco

pewne książki można czytać tylko wtedy, kiedy wokół nas panuje cisza i spokój. kiedy mamy pewność, że nic nie zmąci rutyny wokół nas. kiedy mamy pewność siebie. kiedy ogarnia nas taka mała stabilizacja, kiedy możemy bezpiecznie planować wakacje. kiedy zapomnieliśmy, jak zadawać pytania, kiedy wręcz w zadawaniu pytań nie widzimy sensu. kiedy zamknęliśmy stare rozdziały. wtedy możemy sięgnąć po książki niepokojące. czasami robimy to z przypadku, czasami z wyrachowania, bo morze nie może być zbyt długo spokojne. bez wiatru łódka nigdzie nie dopłynie.

książki niepokojące nie odpowiadają na pytania. nie dają żadnych definicji. bo nie ma przepisu na życie. nie czytamy ich po to, żeby się lepiej poczuć, tylko po to, żeby nie móc w nocy spać. to nie fantazje, dalekie od pierwszoosobowych narracji bohaterów, z którymi możemy się utożsamić, i którzy dzielnie wykaraskają się z każdych tarapatów, odnajdą złoty graal. a nawet jeśli, ktoś taki jak Rachel Cusk zaserwuje nam pierwszoosobową opowieść, to dalecy będziemy od utożsamiania się z bohaterką. obnażoną. nawet jeśli zdobędzie  graal, to nie złoty, co najwyżej patynowy.

jak do tej pory najlepiej miesza Alice Munro. to ona nie daje w nocy spać. u niej nie ma złudnej wiary, że wszystko jest po coś, czemuś potrzebne. jest jak jest. pełno straconych okazji, wcale nie po to, żeby otworzyć nam więcej drzwi. a mimo wszystko umiemy sobie radzić z emocjami, prawda? nie przestaje nas to zadziwiać.

nie rozczarowuje też Rachel Cusk. chociaż na początku ma się ochotę dosłownie rzucić książkę w kąt (the country life), po kilkudziesięciu stronach nie można jej odłożyć. ale wbrew reputacji, Cusk mąci delikatnie. jej książki zdają się być jak dania podane na sewrskiej porcelanie, z tradycją. proza Munro natomiast jest jak kraj, z którego pochodzi. daje wrażenie przestrzeni, pomimo skondensowania w formie opowiadania. jest chłodna. i praktyczna. jak zastawa na co dzień, bez zbędnych ozdób.

pani Drabble przy tym wszystkim niestety rozczarowuje. być może nie trafiają już do mnie powieści inicjacyjne dla młodych dziewcząt, o wejściu w wielki świat, o odnalezieniu siebie. być może za dużo w tym dziennych marzeń. być może nie przemawia już do mnie proza, gdzie  więcej fantazji o świecie niż realnego świata. a być może lubię po prostu, kiedy po wejściu do rzeki, woda mętnieje od poruszonego mułu. bo nic nie jest takie, jak się wydaje.

perła

zanurzyłam się w prozie rachel cusk. najpierw zabrała mnie w podróż po włoszech, a teraz spędzam z nią deszczowy dzień w arlington park.

tak pięknej i eleganckiej prozy nie czytałam od czasów micheala cunninghama i virgini woolf. jej język ma elegancję renesansowego malarstwa, które opisuje w ostatniej wieczerzy, swojej książce o włoszech. jej styl, chłodny i wyważony, przyrównałabym do perły w czarnych włosach kobiety na obrazie rafaela, lub chłodnych bursztynów na jej białej szyi. słowa cusk i obrazy przez nią stworzone nie giną, ale pozostają z tobą gdy wieczorem leżąc w łóżku zamkniesz oczy.

cusk jest znana przede wszystkim ze swoich kontrowersyjnych wypowiedzi na temat macierzyństwa. ale są dwa sposoby rozmawiania z ludźmi. pierwszy, gdy pytamy tylko o to, co chcemy usłyszeć, bo odpowiedzi mają za zadanie udowodnić pewną tezę. wtedy słyszymy, że macierzyństwo zabija. ale możemy też rozmawiać tak, żeby usłyszeć pełny głos rozmówcy, żeby mieć jego wielowymiarowy obraz. wtedy możemy też usłyszeć, że cusk nie wyobraża sobie życia bez córek, i że to one tak naprawdę ją ukształtowały. że wokół panuje zobowiązanie do bycia szczęśliwym, któego ona nie uznaje. gdybym znała tylko rozzłoszczoną cusk z wywiadu w wysokich obcasach nigdy bym chyba nie sięgnęła po jej książki.

tymczasem cusk w wywiadzie z lynn barber przedstawia się nieco inaczej. na jego zakończenie mówi:

There’s this really good line in Women in Love where Ursula says, ‚I always thought it was a sin to be unhappy.’ And actually I think that’s very common, it’s what a lot of people feel – that you have an obligation to life to be happy if you can. But to me, there’s no moral difference between happiness and unhappiness – I just want to describe them, that’s all I’m interested in. But that’s why I resent this miserablist label, because I’m not happy or unhappy, I’m just interested in different states and how they feel.

myślę, że to najlepiej podsumowuje to, o czym cusk pisze.

rachel cusk była częścią mojego pierwszego niezależnego zadania w księgarni, kiedy to musiałam przygotować wystawkę z finalistów orange broadband prize 2007, i z jakiejś przyczyny arlington park pozostało jedynym tytułem, który z tej listy zapamiętałam. rzekoma kontrowersyjność tej książki mnie od niej nieco odrzucała. w końcu zapoznałam się z autorką dzięki artykułowi grzegorza wysockiego z wyborczej. pomyślałam, że jej książka o włoszech to całkiem bezpieczna pozycja na początek – nawet jak mi się nie spodoba, to może się przynajmniej czegoś ciekawego dowiem?

pozycja okazała się rewelacyjna, na tyle że zaraz po niej sięgnęłam po kolejną jej książkę. autorka udowodniła, że jest świetnym obserwatorem, widać to czy przy opisie kolejki do galerii uffizi czy przy opisie nadciągającego deszczu w arlington park. ma niesamowitą wiedzę, którą jednak nie przytłacza, jest obecna tak jakby mimochodem. w swoich książkach pozwala sobie też na różne emocje, co prawdopodbnie jest przyczyną jej kontrowersyjności. ale w napadach na nią zapomina się o tym, z jaką elegancją i precyzją cusk opisuje to, co widzi. jak wielowymiarowo. płynnie wciąga cię w wykreowany przez siebie świat. a jednocześnie przy całym swoim pięknie burzy twój spokój, nie pozwala ci przestać się zastanawiać nad tym, co czytasz. podczas lektury nie grozi ci, że myśli nagle zaczną oddalać się od tekstu, bo jeszcze na długo po odłożeniu książki, będziesz z nią myślami.

polecam jeszcze wywiad z autorką i tłumaczką na stronie wydawnictwa literackiego. przy czym opisy książek cusk na stronie tego wydawnictwa (moim zdaniem) nie oddają jej utworom sprawiedliwości!