Odnośnie Susan Sontag

Ponieważ sięgnięcie po trzeci kryminał byłoby dla mnie zbyt monotonne, zabrałam się wreszcie za wywiad z Susan Sontag, który u mnie leżał już od imienin; w sumie może i niedługo, ale ostatnio całkiem nieźle mi wychodzi czytanie tego, co kupiłam/dostałam i coraz mniej książek u mnie leżakuje.

 

Obsesję na temat Susan Sontag mam już od dawna, chociaż niekoniecznie idzie ona w parze z czytaniem Susan Sontag, bo należy ona do tych autorek, które onieśmielają. Poza tym najpierw zafascynowała mnie jej siwa grzywka, dopiero później tytuł chyba najsłynniejszego jej eseju, Przeciw interpretacji. Z jakiegoś powodu stworzyłam sobie obraz gniewnej intelektualistki, do której bez doktoratu nie ma co podchodzić. Później, kiedy pracowałam w księgarni i porządkowałam książki w dziale sztuki i fotografii, wpadły mi w ręce: po pierwsze jej książka O fotografii, po drugie olbrzymi album fotograficzny Annie Leibovitz, wieloletniej partnerki Sontag. W albumie znalazły się zdjęcia Sontag, a wśród nich fotografie z jej pobytów w szpitalu, podczas nawrotu choroby. Były też zdjęcia z ostatnich jej dni, porażające, pozostawiające w odbiorcy uczucie niepokoju; gniewna intelektualistka stała się bezbronną, cierpiącą kobietą.

Bez względu na to, czy zgadzamy się z poglądami Susan Sontag czy nie, nie ulega wątpliwości, że była ona jedną z największych intelektualistek dwudziestego wieku.  Wydawało mi się jednak, że przyszło jej to z łatwością, bo jak ktoś rozpoczyna studia w Berkley w wieku 15 lat, to jest po prostu geniuszem,  a jeśli jest geniuszem, to znaczy że raczej ciężko nie haruje na swoje osiągnięcia naukowe, prawda? (Sontag z Berkley przeniosła się do University of Chicago; robiła też doktorat na Harvardzie). Dlatego też ogromnym szokiem była dla mnie lektura jej dzienników, wypełnionych listami książek do przeczytania, muzyki do przesłuchania, wykrzyknikami że musi pracować więcej. Skąd ta napinka? Chyba zdawało mi się, że osoba pokroju Sontag wchłania wszystko mimo woli, przez osmozę, a tu tymczasem jej obsesja tak bardzo przypominała moją z czasów szkolnych, że aż zrobiło mi się niewygodnie. Dopiero pod koniec książki zrozumiałam, że to był pęd nie tyle do większej wiedzy, ile do lepszego zrozumienia otaczającego ją świata. Myślę, że to właśnie ta niepohamowana ciekawość świadczy o wyjątkowości Susan Sontag.

Tę wyjątkowość widać też w wywiadzie przeprowadzonym przez Jonathana Cotta, niedawno wydanym w formie książkowej. To maleńka książeczka, w polskim wydaniu zaledwie 160 stron, w angielskim 140 plus 10 wstępu. Ale ta garstka stron prowokuje do myślenia. Nie da się jej też przeczytać w jeden wieczór. To znaczy pewnie się da, tylko po co? Nie chodzi o to, żeby czytać powoli, bo trudno jest Sontag zrozumieć, bo żeby czytać Sontag wcale nie trzeba mieć doktoratu. Chodzi o taką niespieszność, żeby przystanąć na chwilę przy lekturze, pomyśleć. Przetrawić. Opowiedzieć koleżance. Podyskutować.

Odnośnie Susan Sontag to też tytuł filmu dokumentalnego, na który już od jakiegoś czasu poluję, ale chyba muszę poczekać aż wyjdzie na dvd.

Reklamy