nic się nie zmieniło

Były już na ziemi tysiące wojen (niedawno doczytałam, że doliczono się ich około trzech tysięcy – wielkich i małych), ale wojna jak była tajemnicą, może jedną z największych ludzkich tajemnic, tak nią pozostała. Nic się nie zmieniło. Staram się zmniejszyć ludzką historię do wymiarów człowieka, żeby coś zrozumieć. Znaleźć słowa. Ale na tym, zdawałoby się, niewielkim już i dogodnym dla obserwacji terenie – przestrzeni duszy ludzkiej – wszystko staje się jeszcze mniej zrozumiałe, jeszcze mniej przewidywalne niż w historii. Bo przed sobą mam żywe łzy, żywe uczucia. Żywą ludzką twarz, na której w czasie rozmowy kładzie się cień bólu i strachu. Niekiedy nawet kiełkuje zuchwała myśl, że w ludzkim cierpieniu mieści się trudno uchwytne piękno. Wtedy zaczynam bać się samej siebie… 

Droga jest tylko jedna – pokochać człowieka. Zrozumieć go miłością. 

Swietłana Aleksijewicz, Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, przełożył Jerzy Czech, str. 159

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety jest jedną z tych książek, które trudno się czyta i jeszcze trudniej o nich mówi. Trudno czytać, kiedy w czasie lektury łzy napływają do oczu, a serce podchodzi do gardła ze smutku, z żalu, z bezsilności. Z podziwu dla wielkości tych kobiet na wojnie, tych zajmujących już tradycyjne role sanitariuszek, łączniczek czy telegrafistek, i tych w rolach czasami jeszcze dziś mogących budzić zdziwienie: lotników, strzelców wyborowych, dowódczyń brygady saperów. Nie zapominajmy też, że ktoś przecież musiał w wojsku prać, ktoś gotować. Aleksijewicz nie zapomina o nikim, pamięta więc i o praczkach, i o kobietach z podziemia czy partyzantki. I o tych, które zostały same w domu.

Trudno mi o tym reportażu mówić, bo czegokolwiek bym nie powiedziała, nie odda to wielkości tej książki, a historii w niej opowiedzianych nie przekażę tak dobrze, jak zrobiła to już autorka. Co więcej, z tym sercem podchodzącym do gardła mogę zostać posądzona o tani sentymentalizm. Ale trudno, co zrobić, kiedy Aleksijewicz poruszyła mnie jak już dawno nie poruszył mnie nikt? Pomimo tego, że mam ochotę podsunąć Wojnę… każdemu, kto jej jeszcze nie czytał, to rozumiem i tych, którzy nie spieszą się do lektury tej książki, którzy się jej boją. Spotkanie z bohaterkami Aleksijewicz wymaga od czytelnika siły, dobrego i spokojnego momentu w życiu, bo ich historie nie jest łatwo unieść. I kiedy pomyślę sobie, ile kosztuje lektura tego reportażu, to nie mogę sobie nawet wyobrazić, ile kosztowało wysłuchanie i spisanie tych wszystkich opowieści.

Aleksijewicz

Tak jak przy innych Noblach, tak i przy tym zastanawiałam się, czy autorka faktycznie zasłużyła na tę nagrodę, i to z tej niezdrowej ciekawości zdecydowałam się w końcu na lekturę Aleksijewicz, którą wydawało mi się czytają już wszyscy. Dziś zeszłorocznego Nobla uznaję za najbardziej trafionego z literackich Nobli ostatnich lat. Bo nawet jeśli Aleksijewicz napisałaby tylko tę jedną książkę, zasłużyłaby na to wyróżnienie. Za te wszystkie przejechane kilometry, za te wszystkie spacery z córką po parku, które ją ominęły, za wszystkie wysłuchane opowieści i zobaczone łzy. A już najbardziej za wrażliwość i dostrzeżenie tych, których wtedy nie dostrzegał nikt, za zapisanie ich historii i za sprawienie, że w naszej pamięci będą one żyły trochę dłużej. I za to, że pomimo mroku, znalazło się w tej książce miejsce na opowieści takie jak ta:

Chleb dawno nam się skończył, miód także. W ostatnich dnia dokarmiały nas Kozaczki. Krępowałyśmy się brać, bo nie miałyśmy czym zapłacić, a one namawiały: „Jedzcie, chudziny. Wszystkim jest teraz ciężko, trzeba sobie pomagać”. Poprzysięgłam sobie, że nigdy nie zapomnę ludzkiej dobroci. Nigdy! Za nic! I nie zapomniałam.

Swietłana Aleksijewicz, jwstr. 192

Reklamy