nie tylko Virginia

Sylvia Townsend Warner urodziła się przeszło dziesięć lat po Virginii Woolf, zaliczana raczej do kręgu Złotej Młodzieży (Bright Young Things) lat dwudziestych, prozatorsko i ideologicznie wydaje się jednak mieć więcej wspólnego właśnie z Virginią Woolf niż z Evelynem Waugh i Nancy Mittford. W roku 1926, czyli na trzy lata przed opublikowaniem przez Woolf Własnego pokoju, Townsend Warner wydała Lolly Willowes, która stała się spektakularnym i niespodziewanym bestsellerem.

Lolly Willowes to opowieść o współczesnej czarownicy, Laurze Willowes, nazywaną przez wszystkich po prostu Lolly. Laura, która nigdy nie wyszła za mąż, nie z braku kandydatów ale z braku nimi zainteresowania, po śmierci ojca przenosi się do Londynu, żeby zamieszkać z bratem i jego rodziną. Spędza z nimi przeszło dwadzieścia lat, podczas których nie może stanowić o sobie, nie może zarządzać swoim czasem. Całe dnie spędza z bratową, pogrążona w domowych obowiązkach, których ani nie lubi, ani nie wykonuje należycie dobrze czy starannie. Pomimo pozostawionego przez ojca majątku, który przynosił dochód, Lolly wyrwie się z rodzinnego kręgu dopiero po dwudziestu latach, kiedy postanowi zamieszkać sama, na wsi. 

Tak naprawdę opowieść Lolly to opowieść o prawie kobiety do stanowienia o sobie, o prawie do mieszkania samej i życia według własnych zasad. O prawie do samotności, do nielubienia balów czy wszelkich innych imprez, bo przecież Lolly nie bawi się dobrze nawet na sabacie czarownic. Czarownice jednak akceptują to, że Laura sabatu nie lubi, nie wyrzucają jej poza swój krąg, nie wydają sądów, nie szufladkują. Dla bohaterki Townsend Warner zostanie czarownicą to jedyny sposób na to, żeby nie tyle mieć własny pokój, ale własne życie. Poza tym to proza świetnie napisana, poetycko, ale przystępnie, czytelnik nie pogubi się w pięknych zdaniach. Nie jest pozbawiona też humoru: „Laura przywiozła ze sobą na wieś swoje wrażliwe sumienie, tak samo jak przywiozła ze sobą swoją parasolkę, chociaż do tej pory nie pamiętała, żeby zrobić użytek z żadnego z nich”.

  

To, co najbardziej lubię w swoim czytaniu, to właśnie takie odkrycia, prowadzące do nowych fascynacji. Niby na półkach księgarnianych nadal można znaleźć kilka tytułów pióra Sylvii Townsend Warner, ale jakoś nigdy nie zwróciłam na nią uwagi. Zaciekawiła mnie dopiero, kiedy natrafiłam na wydanie z nyrb classics i cieszę się ogromnie z tego czytelniczego spotkania, bo jest ono jak poznanie nowego przyjaciela. Nie mogę się doczekać kolejnych lektur, jak również lepszego poznania samej Townsend Warner, szczególnie że Penguin za miesiąc wznawia jej biografię. Dla zaintersowanych informacje o autorce można znaleźć tu

Reklamy