podsumowanko*

Tradycyjnie już, jednym z moich noworocznych postanowień było nie kupowanie książek przez pierwsze trzy miesiące roku. Jak mi poszło? Jeśli chodzi o wstrzymanie się z kupowaniem to, wbrew temu co pokazuje załączony obrazek, znakomicie! Czy czytałam dzięki temu więcej? Chyba jednak nie, raczej tyle samo co zawsze, ale przynajmniej wszystkie przeczytane do tej pory książki są „z półki” i to sprawia wiele satysfakcji. Wróciłam też do robienia listy książek, które chciałabym mieć; jeżeli książka utrzyma się na takiej liście wystarczająco długo, to znaczy że raczej nie stracę nią zaiteresowania, i że warto ją kupić. Łatwiejsze jest to w realizacji jeśli chodzi o książki polskie, trudno jednak jest się utrzymać w ryzach, kiedy książki są na wyciągnięcie ręki, a do księgarni chodzę na poprawę humoru, kiedy mam zły dzień w pracy…

Wracając do realizacji mojego noworecznego postanowienia, styczeń był łatwy do przeżycia, bo i nowych książek przywiezionych z ojczyzny miałam sporo, i kasy nie za wiele, bo to wiadomo, styczeń. Luty był najtrudniejszy, i to był jedyny miesiąc, w którym złamałam swoje postanowienie. W marcu za to było już z górki, nawet aż tak bardzo kupowania książek mi nie brakowało, bo wiedziałam, że i koniec postu za niedługo, i kwiecień rozpoczyna się urodzinkami, a ja dobrze przeszkolłam swoich bliskich, co właśnie widać na załączonym obrazku.

Od dołu:

Antonella Cilento, Lisario o il piacere infinito delle donne – to jedna z dwóch książek, które kupiłam w lutym. W tym przypadku miałam dobrą wymówkę, bo potrzebowałam książki na zajęcia z włoskiego. Antonella Cilento to neapolitańska pisarka, chyba masowo nie jest znana, ale właśnie ta książka była finalistką jednej z najstarszych i najbardziej prestiżowych włoskich nagród literackich, Premio Strega. Powieść jest bardzo ciekawa, autorka feministyczna, treść również (prawa kobiet), którą się super dyskutuje w towarzystwie angielskich emerytów** – wszyscy są feministami! Akcja książki jest umiejscowiona w XVII-wiecznym Neapolu, który był wtedy pod rządami dworu hiszpańskiego – to kolejny ciekawy motyw i książki, i zajęć.

Charlie LeDuff, Detroit. An American Autopsy – książka ta została również wydana niedawno przez Czarne i dzięki temu zwróciłam na nią uwagę. W Detroit byłam, było to jedyne miasto, które mnie naprawdę przeraziło, jedyne miasto, w którym bałam się w dzień iść ulicą. Miasto widmo. Miasto fascynujące, i dlatego też zapragnęłam książkę mieć. Urodzinowy łup.

Jack Thurston, Lost Lanes – przewodnik po trasach rowerowych, wszystkie około godzinę jazdy pociągiem od Londynu. Mam nadzieję, że uda mi się w tym roku wybrać rowerem gdzieś dalej niż do pracy, i kto wie, może nawet biwakować na plaży? Urodzinowy łup.

Denton Welch, In Youth is Pleasure – kolejny urodzinowy łup, autor kompletnie mi nie znany, nawet z imienia. Lubię jak ktoś mi daje swoje ulubione książki, czasami po obdarowującym mogę przewidzieć jaka to będzie książka, a czasami w ten sposób mogę się czegoś o tej osobie więcej dowiedzieć.

George Eliot, MiddlemarchMiddlemarch chciałam przeczytać od zawsze, czyli odkąd pierwszy raz zauważyłam tę książkę w wydaniu oksfordzkim, z panią w zielonej sukience na okładce. Niestety, to wydanie jest już niedostępne, dlatego mam penguina, ale za to będzie pasować do innych klasyków. Książkę dostałam w pracy, bez okazji (dostaliśmy wszyscy po wybranej przez siebie książce). Do Miasteczka Middlemarch już raz podchodziłam, czytając wersję ściągniętą z Guttenberga, ale to książka (księga prawdziwa!) wymagająca skupienia, i powrotów do poprzednich rozdziałów w celu sprawdzenia faktów, więc ciężko mi się czytało w wydaniu na czytniki. Mam nadzieję, że na papierze pójdzie lepiej!

Tim Parks, Italian Ways – mój drugi lutowy zakup. Przeczytany, więc nie mam aż tak dużych wyrzytów sumienia. Parks fajnie pisze, ciekawie i bez zadęcia, czytałam już wcześniej inną jego książkę o Włoszech, Italian Neighbours; podczytuję też jego artykuły i wpisy na blogu „The New York Review of Books”, nie tylko te o tematyce włoskiej. Parks jest nauczycielem akademickim we Włoszech, tłumaczem, pisarzem – pisze fikcję i nie-fikcję. Dwa razy był nominowany do Bookera, raz nawet był finalistą tej nagrody. Jego fikcji nigdy nie czytałam, ale jego książki o Włoszech bardzo mi podeszły. W tej Parks opisuje swoje przygody z włoskimi kolejami, które polskiemu czytelnikowi mogą wydać się znajome, natomiast dla angielskiego są jak opowieść z innej planety. Parks pisze z humorem, a poprzez opowieść o włoskich kolejach pokazuje czytelnikowi też zmiany zachądzące w kraju przez ostatnie dwadzieścia lat, i różnice pomiądzy północą i południem.

Diego Marani, Nuova Grammatica Finlandese – włoski pisarz (oczywiście), zdaje się że nawet dosyć znany (jego ostania książka została zekranizowana). Nuova Grammatica Finlandese to jego najbardziej znany tytuł, powieść była nawet dosyć popularna w Anglii, a tu przecież literatura tłumaczona nie jest za bardzo czytana (poza szwedzkimi kryminałami, oczywiście). Książka polecona przez koleżankę z włoskiego. Urodzinowy łup!

J.L. Carr, A Month in the Country – szczerze powiedziawszy to już kompletnie nie pamiętam, dlaczego tę książkę chciałam, podejrzewam że skusiła mnie znowu rozświetlona okładka. Książka doskonale się nadaje na przeczytanie za jednym zamachem, więc już wiem, co będę robiła w niedzielę. Urodzinowy łup.

Julian Barnes, Arthur & George – powieść podobno świetna, bardzo jestem jej ciekawa. Bohaterem książki jest Sir Arthur Conan Doyle i George Edalji, obie postaci autentyczne, ale historia tu opowiedziana jest bardziej wariacją na ich temat. Urodzinowy łup.

Ugo Ricarelli, Il Dolore Perfetto – kolejna książka polecona przez koleżankę z włoskiego! Ta nawet wygrała Premio Strega w 2004 roku. Urodzinowy łup. Autor jest dosyć znany we Włoszech, sporo pisze, również sztuki teatralne. Do wydania pierwszej powieści namówił go sam Antonio Tabucchi. Ta opowieść ma mocne tło historyczne, a ja tego typu rzeczy bardzo lubię. Mam nadzieję, że książka przypomina nieco powieści Natalii Ginzburg, chociaż może nie powinnam się nastawiać…

Ginevra Lovatelli, Secret Rome – urodzinowy łup od cioci, która kiedyś w Rzymie mieszkała. Chyba wiem, gdzie mnie zagna w tegoroczne wakacje!

* Oczywiście podsumowanie mojego postanowienia noworocznego jest tylko wymówką do pochwalenia się nowymi książkami. Mam ich jeszcze trochę, bo od początku kwietnia zdążyłam co nieco kupić, tym bardziej, że właśnie wróciłam z domu. Ale łupami ojczystymi pochwalę się w kolejnym wpisie!

**Na zajęcia z włoskiego chodzę z emerytami; jestem najmłodszym uczestnikiem zajęć, a różnica wieku pomiędzy mną a drugą najmłodszą osobą wynosi dwadzieścia parę lat; różnica wieku pomiędzy mną a najstarszą uczestniczką zajęć wynosi lat 60.

Reklamy

urodziny

Od jakiegoś już czasu zastanawiam się po co mi one. Bo ani nie wyglądam inaczej, ani nie czuję się inaczej, ani z tego powodu jakiś dodatkowych przywilejów wcale nie mam. Do jedzenia ciasta wymówek nie potrzebuję, do picia również. Więc tak się zastanawiam czy te urodziny są naprawdę konieczne?

Jedyne, co przemawia za obchodzeniem urodzin, to stosiki takie jak ten, ułożone z prezentów:

stosik

Od dołu:

Chleb po warszawsku – historia najstarszych piekarni warszawskich, bo ja też gotowaniem i pieczeniem się interesuję, i książki kucharskie zbieram.

Body Parts, Hermione Lee – chciałam tę książkę od dawna, właściwie odkąd skończyłam biografię Virginii Woolf tej autorki. Jest to zbiór esejów, których myślą przewodnią jest pisanie biografii. Jeden z rozdziałów zatytułowany jest Reading in Bed. Cudnie. Kuzynka wybrała tę książkę z listy, bo miała różową okładkę. Jeszcze cudniej.

The Book of Chameleons, Jose Eduardo Agualusa – książka angolskiego pisarza, dostałam od swojej portugalskiej koleżanki, która wcześniej przyłapała mnie na czytaniu Ondjaki, i stwierdziła że trzeba wykorzystać koniunkturę na promocję prawie rodzimej literatury.

The Folks That Live on the Hill, Kingsley Amis – kolejna z komedii Amisa, w ramach kolekcjonowania angielszczyzny. Jest coś w języku, którym Amis się posługuje, co sprawia że lektura jego książek jest niezwykle przyjemna.

The Letters of Nancy Mitford and Evelyn Waugh – coś pięknego! Przeszło pięćset stron korespondencji, zapisanej drobnym maczkiem, w Polsce pewnie by było wydane w formacie podobnym do listów Lema i Mrożka, w Anglii czytania z lupą nikt się nie obawia. Po listach się wiele spodziewam, nie tylko podrażniona przez wcześniej już wspomniane listy Nancy i Heywooda, ale przede wszystkim tymi fragmentami, które znalazłam w The New York Timesie.

The King’s English, Kingsley Amis – w ramach kolekcjonowania angielszczyzny, oczywiście. Kilka ładnych lat temu przeszłam okres kupowania wszystkich książek związanych z jężykiem angielskim i poprawnością językową, to są tej obsesji pozostałości. Książka na pierwszy rzut oka jest zbiorem definicji słownikowych, ale nie tylko o pochodzeniu i używaniu wyrazów tu mowa. Raczej każdy wpis jest tutaj takim mini esejem, a i czyta się ją przyjemniej niż słownik, bo jest bardzo przystępnie napisana. Angielski po królewsku, ale bez zadęcia.

A na sam koniec, prezent od siebie dla siebie, skoro mój „ban” na kupowanie książek minął: The Daugther of Time, Josephine Tey. Ponieważ czasami lubię się zaszyć w jakimś starym kryminale, a o Josepine Tey najpierw przeczytałam na blogu zaprzyjaźnionej księgarni, potem odkryłam na półce koleżanki, później jeszcze zwróciłam uwagę, że nawet jest dostępna w księgarniach, to jest tak jakby ta książka do mnie wołała, prawda? A jak nie usłuchać wołającej książki? Nie da się.