gombrowicz po raz trzeci

nie zaprzestałam dociekań odnośnie pobytu Gombrowicza w Argentynie, gdyż na bibliotecznej półce odkryłam książkę Klementyny Suchanow „Argentyńskie przygody Gombrowicza”. autorka wykonała pracę wręcz detektywistyczną i nawet Rita Gombrowicz skorzystała ze świadectw zebranych przez Suchanow podczas jej podróży do Argentyny w 2004 roku i zamieściła je w aneksie drugiego wydania  zebranych przez nią wspomnień. książka Suchanow natomiast robi wrażenie prawdziwej pracy naukowej. nie brakuje jej przypisów, nieraz zajmujących i pół strony, zawiera szczegółowe kalendarium, obszerną bibliografię. porządkuje ona przeróżne relacje i dociera do wielu źródeł, odkrywa fakty. nie przywołuje samych wspomnień, ale stara się podejść do nich krytycznie, na podstawie obiektywnych źródeł oceniając, które mogą być prawdziwe, które jednak nie.

Suchanow udało się, pomimo całej naukowości studium życia Gombrowicza w Argentynie, uniknąć drętwości tak często kojarzonej z tego typu monografiami. to prawda, w moim przypadku jest to lektura powolna i wyrywkowa, ale liczne fakty są przyjemnie przerywane niepozbawionymi humoru opowieściami. autorka dociera również do wielu zdjęć i sporo z nich zamieszcza w swojej pracy. moją uwagę przykuło szczególnie jedno:

jest to biblioteka Banco Polaco, gdzie zsyłano Gombrowicza, kiedy nie wiadomo było co z nim zrobić!

dwa razy gombrowicz

pierwszy raz w książce Laury Pariani Gombrowicz i Buenos Aires. drugi raz w książce Rity Gombrowicz Gombrowicz w Argentynie 1939-1963. pierwszy raz miało być lekko i przystępnie, drugi raz nieco trudniej, bardziej dokumentalnie. pierwszy raz miało być przyjemnie, drugi pracowicie. a było dokładnie na odwrót.

nie żeby ‚dzieło’ Pariani było jakoś specjalnie naukowe, albo na dokumentach się opierało. ale przebrnięcie przez tę książkę kosztowało mnie nieco samozaparcia. fabularyzowana biografia Gombrowicza, myślałam, będzie lekko, ale chyba nie infantylnie? będzie się przecież książka opierała na jakiś faktach, w końcu leżała sobie ładnie w dziale biografii, pod literką ‚g’. ale mógł to być tylko błąd ksiągarza, bo wydawca mówi wyraźnie na ostatniej stornie okładki, że jest to powieść o Witoldzie Gombrowiczu. miałam jednak nadzieję, że nie będzie to całkowicie wytwór czyjejś wyobraźni.

a jednak. miało być przyjemnie, a było niestrawnie. nie żebym spodziewała się niewiadomo jak pożywnej potrawy, ale to, co zaserwowała autorka, chyba nieco mnie przerosło. niechby przynajmniej wybrała jedną formę, góra dwie, skupiła na jakimś wątku, motywie, temacie przewodnim – byłoby o wiele lepiej. ba! może nawet interesująco? autorka chyba nie mogła się zdecydować, jaką powieść pisze. czy jest to list do syna? czy opowieść o jej dzieciństwie w Argentynie? i jej powrocie do tego kraju, miłości do Buenos? czy opowieść o samym mieście z okresu, kiedy przebywał w nim Gombrowicz? a może opowieść o artystach, pisarzach zamieszkujących to najbardziej europejskie południowoamerykańskie miasto? opowieść o ulicach, po których chodzili, o kawiarniach, w których się spotykali? ten ostatni motyw najbardziej przypadł mi do gustu i muszę przyznać, że takie fragmenty pełne spotkań i przybliżające sylwetki tamtejszej bohemy czytało mi się nawet przyjemnie. gdy tylko jednak autorka schodziła do poziomu wydumanych konwersacji, czy pretensjonalnych monologów – zgrzytało.

powieść okazała się daniem jednogarnkowym, które niestety autorce nie wyszło. opowieści o Gombrowiczu, pełne pseudo-intelektualnych dialogów, poprzeplatane były listami do syna narratorki, nieco mdlących od sentencji i pretensjonalnych życiowych opowieści. listy osobno miały w sobie potencjał, mogłyby zostać pociągnięte dalej, mogły stać się też zupełnie odrębną opowieścią, wspomnieniem o rodzinie, o dojrzewaniu w obcym mieście – kto wie, czy w takiej formie książka nie zyskałaby na popularności? może trafiłaby do bardziej odpowiedniego grona odbiorców. tytuł oryginału sugeruje kolejną, dla mnie bardzo ciekawą, tematykę: La straduzione (można by to przetłumaczyć jako stłumaczenie, ewentualnie wytłumaczenie). według słów wydawcy Laura Pariani odkrywa w książce tajemnicę hiszpańskiego przekładu Ferdydurke. fajnie brzmi, prawda? tyle tylko, że pierwsza wzmianka o tłumaczeniu następuje na stronie 192, po czym nic o tym nie słychać przez kolejne  stron trzydzieści, żeby na trzech, czterech stronach opisać ‚historię’ spotkań w kawiarni Rex. mamy stronę 221, a książka się kończy na 240.

i dziękować niebiosom, że kończy się tak szybko. za sporą czcionkę też byłam wdzięczna. tylko szkoda mi było tak ładnego papieru na tak marną publikację. książka jest niedopracowana, powierzchowna. rzuca się w oczy, że Pariani spędziła nad nią kilka miesięcy. uważam, że jest to bardziej szkic książki, lub może nawet kilku, niż dokończona powieść.

tymczasem nasuwa się pytanie jak Laura Pariani mogła odkryć tajemnicę hiszpańskiego tłumaczenia Ferdydurke, skoro Rita Gombrowicz zrobiła to już dwadzieścia lat wcześniej? i wyszło jej to o niebo lepiej. gdyż to, co miało być drętwym dokumentem, okazało się cudownym zbiorem opowieści. i tu nie przeszkadzała mi wielość głosów, bo są one w jakiś cudowny sposób spięte w spójną całość. a pomyśleć, że o mały włos nie sięgnęłabym po tę książkę, gdyby nie szkic Kota Jeleńskiego, szkic-wstęp do wydania francuskiego tych opowieści i nie zamieszczony w wydaniu polskim, szkic uzupełniony o fragment wspomnień o Gombrowiczu jednego z jego przyjaciół, Alejandro Russovicha.

Rita Gombrowicz zebrała wspomnienia o Gombrowiczu podczas swoich podróży do Argentyny w roku 1973 i latach 1978-1979. lubię ich autentyczność. każdy opowiadał o swoim Gombrowiczu, o Gombrowiczu takim, jakim go pamiętał, ale może właśnie dzięki temu jest żywo i prawdziwie. daje się odczuć atmosferę tamtego Buenos, dzięki temu, że nikt się na żadne oddawanie atmosfery nie sili. to, co nie powiodło się Pariani w jej opowieści, udało się Ricie Gombrowicz w zebranych przez nią skrawkach. ta książka urzeka. sam Gombrowicz urzeka. aż chciałoby się z nim spotkać przy kawie i rozegrać partyjkę szachów. że by się przegrało? a niech tam! z Gombrowiczem można.