notatki z Herberta

Tego pana od poezji nikomu przedstawiać nie trzeba, podejrzewam jednak, że osoby, które go czytają policzyć by można na palcach jednej ręki. Bo kto przy pogoni za nowościami ma czas i ochotę na czytanie wznowień? To już Szymborska jest nam bliższa, co i raz Znak nam o niej przypomina: tu wydali jej Wszystkie lektury nadobowiązkowe, a tam Rusinka Nic zwyczajnego. A kto czyta Herberta poza maturzystami lub studentami polonistyki?

Przyznam, że i ja nie czytałam. Mam koleżankę, która jest wielką fanką i dała mi kiedyś tom jego wierszy na urodziny, ale ja zawsze wolałam Miłosza. Przeczytałam kiedyś korespondencję Herberta i Miłosza, też otrzymaną w prezencie od innej koleżanki, ale to dla Miłosza było. Na studiach czytałam Labirynt nad morzem i nic nie pamiętam, jedyne wrażenia to podziw, ile ten Herbert wie, i zazdrość, ile ten Herbert zjeździł, też tak chcę. W rezultacie postawiłam pana od poezji na piedestale, a wiadomo jaki najczęściej mamy stosunek do pomników: rzadko ciekawią, jeszcze rzadziej wzbudzają emocje. Te pozytywne znaczy się.

Kiedy pod koniec zeszłego roku skompletowałam jego tryptyk podróżniczy, liczyłam na ciekawostki o Włoszech i nie tylko, mniej nastawiałam się na przyjemność z lektury. Tymczasem zabrałam się za Martwą naturę z wędzidłem, która jest przecież w zupełności poświęcona Holandii, więc temat tutaj średnio mnie fascynuje, i… się wciągnęłam.

Może dlatego, że Herbert zaczął od podróży i niemal na wstępie rzucił: „Jest rzeczą rozsądną rozpoczynać zwiedzanie kraju nie od stolic czy miejsc oznaczonych w przewodniku ‚trzema gwiazdkami’, ale właśnie od zapadłej prowincji, poniechanej, osieroconej przez historię” (str. 9). Pewne pokrewieństwo duszy poczułam od razu. Za chwilę dodał: „Atak alienacji, ale łagodny, jaki dotyka większość ludzi przeniesionych w cudze miejsce. Poczucie inności świata, przekonanie, że wszystko to, co się wokół dzieje, nie bierze mnie samego w rachubę, że jestem zbędny, odtrącony, a nawet śmieszny z tym groteskowym zamiarem obejrzenia starej wieży kościelnej” (str. 10). Herbert schodzi z piedestału, na którym go postawiłam w czasie studiów, kiedy staje „zagapiony na zielony pojazd wyjeżdżający z ulicy, który puszczając w ruch wirowy szczotki umieszczone u podwozia, wzbijał tumany kurzu, co być może nie jest idealnym sposobem oczyszczania miasta, ale poważnym ostrzeżeniem, że kurz nie zazna tutaj spokoju.” (str. 10).

Herbert

Oczywiście nie brakuje tutaj tego Herberta, którego zapamiętałam, tego, co wie wiele rzeczy. Ale ustąpił on miejsca temu, co umie opowiadać, nie tylko o słynnym szaleństwie tulipanowym, ale i o zwykłym holenderskim życiu sprzed pięciuset lat. I robi to tak, jakby opowiadał nam anegdotę z wczorajszego wieczoru w pubie, lekko i swobodnie.