Harriet w Nowym Jorku

Kiedy przechodzę wśród przepełnionych półek księgarń i bibliotek, kiedy przeglądam niekończące się listy nowości i przypatruję się nazwiskom nominowanych i finalistów kolejnych nagród literackich, kiedy czytam o ciągle nowych bestsellerach, to zastanawiam się, którzy autorzy przetrwają próbę czasu, o których książkach będziemy pamiętać za lat dwadzieścia, pięćdziesiąt, sto? Czy o wszystkich pozycjach, nad którymi zachwycają się dzisiejsi recenzenci będą rozmawiać nasze dzieci? Nieznane są losy książek, o tak wielu przecież przyszło nam już zapomnieć.

Dzisiaj mało kto czytał The Outward Room, debiutancką powieść Millena Branda z 1937 roku, która swojego czasu zachwyciła zarówno krytyków, jak i czytelników. Zainteresowanie nią było tak ogromne, że pierwszy nakład został wydrukowany w 140.000 egzemplarzy zamiast typowych 3.000, a wydawca Simon & Schuster obniżył cenę książki niemal o połowę, co w tamtym czasie było zabiegiem dość rzadkim. Pomimo tego, że rozeszło się przeszło pół miliona egzemplarzy książki, dzisiaj już o niej nie rozmawiamy.

Millen Brand

Być może powodem tego jest fakt, że późniejsze powieści Branda nie cieszyły się już taką popularnością; porównywane z debiutem wypadały raczej blado. A może zpaomniano o The Outward Room dlatego, że powieść jednak trąci myszką? Nikt już dzisiaj nie traktuje freudowskiej psychonalizy poważnie, ciężko więc jest czytać strony poświęcone terapii Harriet tak, jakby tego chciał autor; Brand był ogromnym zwolennikiem psychoanalizy, ale na jego usprawiedliwienie trzeba przyznać, że w latach trzydziestych zeszłego wieku była to najłagodniejsza metoda psychoterapii.

Debiutancka powieść Branda rozpoczyna się wiosną 1933 roku, w szpitalu psychiatrycznym, w którym nasza bohaterka spędziła siedem lat, pogrążona w depresji po śmierci brata. Harriet nie ma nadziei na wyzdrowienie, na jakąkolwiek zmianę, decyduje się więc na ucieczkę ze szpitala. Jej podróż pociągiem do pogrążonego w depresji Nowego Jorku to jeden z najładniejszych fragmentów literatury, jakie zdarzyło mi się czytać; styl, pomimo realizmu, przywodzi na myśl Virginię Woolf.

Harriet, z kilkoma dolarami w kieszeni, które dostała za zastawiony w lombardzie pierścionek od brata, próbuje odnaleźć się w Nowym Jorku: jej poszukiwania pracy, niekończące się wędrówki po ulicach, noc spędzona w wagonach metra to jeden z najbardziej ujmujących opisów zapaści ekonomicznej lat 30. i chociażby dla niego warto tę książkę przeczytać. Bohaterka ma w swoich wędrówkach po Nowym Jorku sporo szczęścia i spotyka życzliwych jej ludzi, a jedną z takich osób jest John, który przygarnia Harriet pod swój dach. Tak rodzi się miłość, która ratuje Harriet, ale książka ta to nie ckliwy melodramat, tylko urok codzienności, sztuka odnajdywania się w zwykłym życiu. Na końcu powieści Brand wraca do Freuda, niestety, ale ja i tak wierzę, że Harriet pomogły dni wypełnione  codziennymi obowiązkami i miłość Johna, a nie wspomnienie dziecięcych uczuć.

The Outward Room może nie jest prozą na miarę Janet Frame, ale okazał się bardzo udaną wyprawą do Nowego Jorku lat trzydziestych.

książka o książkach

Po Książkę o czytaniu Justyny Sobolewskiej sięgałam z niemałym podnieceniem, no bo czy może być coś piękniejszego dla bibliofila niż książka o czytaniu?! Wbrew pozorom nie jest to pytanie retoryczne, bo odpowiedź na nie brzmi: a i owszem, może. Przynajmniej w tym konkretnym przypadku.

Rozpoczęłam tę książkę nie spodziewając się objawienia i rewelacji, ale przyjemności z lektury. Pierwsze rozdziały jeszcze tej przyjemności dostarczyły, ale z czasem lektura zaczęła przypominać podróż pędzącym pociągiem, takim pendolino, który osiągnął swoją maksymalną prędkość. Podróż podczas której wiele miejsc mijamy, ale niewiele udaje nam się zobaczyć, a jeszcze mniej z tej podróży zapamiętać; powodem tego wrażenia jest ilość zaprezentowanych przez autorkę przykładów i ich pewna bezosobowość. Po książce nie oczekiwałam wypisów z tego, co kto powiedział o pierwszym zdaniu powieści czy czytaniu na wakacjach, tylko chciałam się dowiedzieć tego, co autorka myśli o pierwszych zdaniach czy czytaniu na wakacjach. Liczyłam, że odkryję czym lektura jest dla autorki, a nie tym, czym jest dla kolejnych pisarzy czy dziennikarzy.

Jak blado wypada Justyna Sobolewska w porównaniu z Jeanette Winterson i jej Art Objects! Winterson jest w swojej książce bardzo konkretna, skupia się na kilku autorach (Woolf, Gertrude Stein), którym poświęca całe rozdziały, na ich przykładach rozprawiając się z konkretnymi zagadnieniami (na przykład prawdy w fikcji). Przykłady Sobolewskiej są mnogie i przez to powierzchowne; irytujące dla mnie było to, że nie tylko nie wiedziałam, czy w danym miejscu mówi autorka czy kogoś cytuje, a jak cytuje to kogo, czy tę samą osobę, co w poprzednim zdaniu, czy już inną, a jeżeli inną, to, no właśnie, kogo? Nie rozumiałam też potrzeby tłumaczenia czytelnikowi, kim jest Elena Ferrante czy też Michał Rusinek; założyłabym, że ktoś, kto czyta książkę o czytaniu, takie rzeczy wie. Wypowiedzi w stylu „mówi Michał Rusinek, pisarz, prezes Fundacji Wisławy Szymborskiej”, wydały mi się tutaj nieco szkolne, tym bardziej, że brakowało w tym konsekwencji: albo mówimy czytelnikowi coś o wszystkich ‚osobach dramatu’, i jeśli tak to z ich pierwszym pojawieniem się na scenie, albo zakładamy, że czytelnik wie, autorem których książek jest Alberto Manguel czy William Burroughs. Nie chce mi się też wierzyć, że Justyna Sobolewska sama ma tak niewiele do powiedzenia na temat spotkań autorskich, że musi się posiłkować anegdotami innych autorów i cytatami z ich książek. Podobnie ma się sprawa z rozdziałem o okładkach: cytowani przez autorkę projektanci i wydawcy nie mówią nam w sumie niczego, czego nie mogłaby powiedzieć sama Sobolewska.

Drugie wydanie Książki o czytaniu jest rozszerzeniem pierwszego wydania, i doprawdy ciężko jest mi sobie wyobrazić jak wyglądała ta książka w pierwotnej wersji, skoro nawet obecnie wydaje się niedokończona. Cała książka sprawia wrażenie zaledwie szkicu do większej pracy, i jak czasami szkic potrafi oczarować, tak w tym przypadku jedynie frustruje; czytanie czyichś luźnych notatek nie sprawia żadnej przyjemności, bo brakuje w nich osoby, która te notatki zebrała. A przecież te rozdziały, w których Justyna Sobolewska opisała czytelnicze przeżycia swoje i swojej rodziny, tak jak ten „Dzieci się ma po to, żeby mieć z kim czytać”, wyszły autorce najlepiej.

książka o miłości

Pamiętam Annę Sobolewską z seminarium magisterskiego, bo była moją promotorką, i pamiętam, że równie często jak o filmach rozmawialiśmy o snach. Wiedziałam, że ma córkę z zespołem Downa, bo w księgarniach wtedy było pierwsze wydanie jej książki Cela. Odpowiedź na zespół Downa. Teraz ukazało się jej wznowienie, uzupełnione o dorosłe lata Cecylii – pierwsze wydanie książki kończyło się, kiedy Cela miała dwanaście lat.

Książka ta dużo zyskała w uzupełnionym wydaniu, bo dzisiaj czytelnik dostaje do ręki coś więcej niż obraz niezwykle optymistycznej dziewczynki w wieku lat dwunastu, która próbuje znaleźć swoje miejsce w szkole integracyjnej. Poznajemy już Cecylię dwudziestopięcioletnią, która swojego miejsca w szkole integracyjnej nie znalazła, która przeszła stany depresyjne i która marzy o samodzielności. I która jest samotna, bo w pewnym wieku towarzystwo rodziców i siostry przestaje wystarczać.

Pewnie nie jest to literatura, ale brak literackości w tym przypadku nie ujmuje tej książce piękna, i wcale nie boję się użyć tego słowa. Bo to jest piękna książka o miłości i o akceptacji drugiej osoby. Dowód na to, że można kochać drugiego człowieka bez względu na to, czy spełnia on nasze oczekiwania czy nie, a teraz o miłość bezwarunkową wydaje mi się jest jakoś wyjątkowo trudno, nawet o miłość bezwarunkową rodziców w stosunku do dzieci.

Warto zwrócić też uwagę na to, że jest to książka mniej o życiu rodziców dziecka z niepełnosprawnością intelektualną, a bardziej o samym dziecku, tak jak w sumie wskazuje tytuł tej pozycji. Ujął mnie też brak udawania, że z niepełnosprawnością można żyć normalnie. Podobało mi się też to, że autorka nie ucieka przed analizą współczesnego społeczeństwa, społeczeństwa zamykającego się na niepełnosprawnych czy ukazującego nieprawdziwy obraz życia człowieka z niepełnosprawnością umysłową (jak chociażby w Klanie czy w serialu Dzień za dniem). Jest to analiza wnikliwa i niestety trochę smutna, ale zmuszająca do refleksji.

Cela

Chciałam tę książkę przeczytać już kiedyś, na studiach, ale trochę się bałam podejmowanej tematyki, bałam się, że jest to raczej grający na emocjach wyciskacz łez. Grający na emocjach wyciskacz łez to nie jest, chociaż owszem, jest to książka momentami smutna. Ale, powtórzę, jest to książka przede wszystkim piękna, to jedna z tych lektur, które otwierają nas na innych i w sumie dobrze się stało, że sięgnęłam po nią dopiero teraz, nie tylko dlatego, że dzięki temu dostałam pełniejszą opowieść o Celi, ale myślę, że teraz zrozumiałam z niej więcej rzeczy niż gdybym przeczytała ją kilkanaście lat temu na studiach. I jeśli książki w ogóle mogą uczyć nas o miłości, to ta właśnie uczy.