netsuke

Nie ukrywam, z panem de Waalem miałam problem. Zanim poznałam jego książkę, poznałam autora, no, może nie tak naprawdę, ale poszłam na spotkanie autorskie, które okazało się jednym z tych bardziej sympatycznych, na jakich dane mi było być. Zaraz po spotkaniu rzuciłam się więc czytać Zająca z bursztynowymi oczami i pierwsze rozdziały pochłonęłam z przyjemnością. Niestety, kiedy Edmund de Waal ze swoją rodzinną narracją przeniósł się do paryskiego pałacu Ephrussi, było nieco gorzej, a kiedy stanął na wiedeńskiej Ringstrasse zrobiło się jakoś w ogóle nudno i utknęłam z lekturą na kilka miesięcy. Ba, na pół roku nawet!

edmund de waal

Dopiero po sporej dozie odpoczynku powróciłam do Zająca… chociaż opowieść wiedeńska nadal szła mi opornie. Kontynuowałam lekturę chyba tylko z sympatii do autora i dlatego, że bardzo chciałam przeczytać jego najnowszą książkę, Biały szlak*, którą moja koleżanka okrzyknęła jedną z najlepszych książek przeczytanych w tym roku, jedną z top trójki nawet, a sama przez Zająca… (jeszcze) nie przebrnęła. Ale ja postanowiłam przebrnąć, pomimo tego że chwilami się zastanawiałam, czy ta książka naprawdę jest adresowana do powszechnego czytelnika, a nie jest publikacją skierowaną do węższego grona odbiorców, czyli samego autora i jego rodziny.

Szczęśliwie, końcowe partie książki, na które składa się opowieść wojenna i powojenne losy netsuke, wynagradziły mi moje trudy. Zając… to nie jest jednak książka, która zostanie we mnie na długo, chociaż autora nadal lubię, bo najlepsze chwile przy lekturze miały miejsce właśnie przy spotkaniach z autorem, kiedy opowiadał więcej o sobie, swoim czasie w Japonii, swoim stosunku do rodzinnego skarbu, który przypadł w udziale właśnie jemu. Polubiłam go jeszcze bardziej, kiedy wtaszczył do domu ogromne witryny zaadoptowane po remanencie  w Victoria & Albert Museum i ustawił je w salonie, żeby jego dzieci (i on sam) mogły sięgnąć po netsuke, kiedy tylko będą chciały.

*Wydawnictwo Czarne planuje publikację na styczeń przyszłego roku.

oczy zasypane piaskiem

Wystawę obejrzało siedem tysięcy ludzi. Chodzili między fotografiami z rozdziawionymi ustami; Tel Awiw nie miał pojęcia jak naprawdę wygląda Hebron, choć każdego dnia słuchał na przykład: „Palestyński snajper ostrzelał siedlisko Tel Rumeida. Armia odpowiedziała ogniem”.

Paweł Smoleński, Oczy zasypane piaskiem, str. 82

Powyższy fragment dotyczy wystawy fotografii zorganizowanej przez Jehudę, byłego żołnierza izraelskiego; Wystawione zdjęcia przedstawiały codzienne życie w izraelskim wojsku, a sama wystawa stała się przyczynkiem do powstania organizacji weteranów Przełamać Ciszę. Lektura książki Smoleńskiego przypomina taką wystawę właśnie: reportaże tutaj zebrane są jak zdjęcia przybliżające codzienne życie w strefie okupowanej, życie, o którym nie mamy pojęcia i którego nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, bo zwykłe komunikaty prasowe nie są w stanie go nam przybliżyć.

Smoleński

Oczy zasypane piaskiem to z pewnością nie jest książka dla emocjonalnych leniuchów, bo niektórym czytelnikom przypomni, innym dopiero ukaże, w jakiej iluzji żyjemy dzisiaj w Europie, jak w bańce. To, że na naszym podwórku jest względny spokój, nie oznacza, że jest tak wszędzie. Bo nasze podwórko to tak naprawdę tylko skrawek świata, a Europa, czy nawet Ameryka, pomimo swoich wpływów to nie są centra świata i nic nie pomoże, że my tak myślimy i bardzo w to wierzymy. Życie dzieje się też gdzie indziej, a my często o tym zapominamy lub po prostu nie chcemy pamiętać.

W swoich reportażach Smoleński stara się być bezstronny, a przynajmniej pokazać obie strony konfliktu (i moim zdaniem mu się to udaje). Nie oznacza to jednak, że nie jest w nich osobisty, i to chyba jest największą siłą tej książki, i tego autora w ogóle. Smoleński w swoich rozmowach z Palestyńczykami i Izraelczykami jest wnikliwy, stara się ich zrozumieć i przekazać czytelnikowi zastaną sytuację jak najwierniej. Większość tekstów w tej książce nie daje nadziei na pokojowe zakończenie konfliktu, chociaż są takie, które przynajmniej ratują wiarę w człowieka, jak chociażby ten o Jehudzie czy ten o babciach z Machsom Watch, emerytkach obserwujących przejścia graniczne. Albo ten o wiosce Bil’in.

Niestety, nadziei na pokojowe zakończenie konfliktu izraelsko-palestyńskiego w chwili obecnej jest jeszcze mniej niż było dwa lata temu, kiedy ukazały się Oczy zasypane piaskiem. Mimo to warto czytać Smoleńskiego, bo może dzięki temu staniemy się mądrzejszymi, mniej zapatrzonymi w siebie ludźmi.

w podróży z Leigh Fermorem

Książki Patricka Leigh Fermora A Time of Gifts nie da się czytać w pośpiechu – trzeba ją czytać w takim samym tempie, w jakim autor przemierzał Europę z Londynu do Konstantynopola. A że przemierzał ją na piechotę nie było to tempo zawrotne. Fermor, nie dość że wybrał się przez Europę na piechotę, to jeszcze wyruszył zimą, w grudniu 1933 roku, co wcale nie czyni książki jakąś ramotką. Tak, świata opisywanego przez autora już nie ma, ale tym bardziej warto wyruszyć z młodym Fermorem w tę podróż.

Spójrzmy jeszcze raz na datę: grudzień 1933 roku, czyli tuż po dojściu Hitlera do władzy, spójrzmy jeszcze raz na trasę, która wiedzie i przez Niemcy, i przez Austrię i przez Czechy, Słowację, Węgry*. Już chociażby dla samej sytuacji geopolitycznej warto, a jak jeszcze dodamy do tego dzięwiętnastoletniego Patricka, który jest niezwykłym i wnikliwym dziewiętnastolatkiem, nawet jak na dziewiętnastolatka sprzed wieku, to dostajemy do ręki książkę nie do ominięcia. Nasz podróżnik ma wyjątkowy talent nie tylko do wpadania w tarapaty (sam chyba stracił rachubę z ilu szkół go wyrzucono), ale także do spotykania niezwykłych ludzi. Do tego czyta Homera w oryginale i Szekspira w niemieckim przekładzie, ale nie jest typem książkowego mola, co najchętniej zakmnąłby się w czterech ścianach biblioteki. Życie, ludzie, europejskie bezdrożach i europejskie stolice fascynują go tak samo jak zapisane stronice, a jedna fascynacja karmi drugą.

A Time of Gifts

Nie tylko sytuacja polityczna i nastroje na ulicach niemieckich i austriackich miasteczek oraz zmysł obserwacyjny autora sprawiają, że A Time of Gifts to książka warta lektury. Sprawiają to też ludzie spotkani po drodze, nawiązane przyjaźnie, miejsca, w których podróżnikowi przyszło spędzić noc, od stodoły czy chlewiku począwszy, poprzez cele lokalnych aresztów (w których Fermor spał w charakterze ubogiego wędrowca, a nie więźnia), przytułki dla bezdomnych, hostele, a na hrabiowskich zamkach skończywszy (tak, tak, było ich kilka!). Fermor umie władać językiem, a jego opisy mijanych miejsc, rzek, gór, miast, muzeów i kościołów są wręcz poetyckie. Wspomnieniom Fermora nie brakuje też humoru, bo autora charakteryzuje specyficzne dla Anglików poczucie dystansu do samego siebie; Patrick nie stroi się w piórka, nie puszy, nie udaje lepszego czy mądrzejszego niż jest. To wszystko sprawia, że jego opowieść jest naprawdę czymś wybornym, nawet jeśli nie da się jej połykać w dużych kęsach.

* A Time of Gifts to pierwsza część trylogii podróżniczej Patricka Leigh Fermora – dalsze części podróży są opisane w kolejnych tomach: Between the Woods and the Water i The Broken Road (ostatnia część została okończona przez Artemisa Coopera i Colina Thurborna, już po śmierci autora).